Znowu zapytałam „o czym chcesz przeczytać w tym tygodniu” na Facebooku Szkoły i muszę przyznać, że to dobra strategia. Słuchanie vox populi = oszczędność czasu (tak to bym rozmyślała, leżąc na kanapie „o czym by tu napisać” przynajmniej przez 30 minut) + nadzieja na to, że nie piszę o rzeczach z kosmosu, które nikogo nie bawią.

W tym tygodnu wygrała opcja „10 ostatnich inspiracji z mojego zeszytu, czyli miszmasz”, ale opcja „barter” mocno deptała jej po piętach. Tak się jednak złożyło, że mam notatkę o barterze w zeszycie, więc wcisnę go tutaj po znajomości, bo już drugi tydzień barter plasuje się na drugim miejscu i biedaczek nigdy się nie załapie, jak tak dalej pójdzie.

ZESZYT DO ZAPISYWANIA POMYSŁÓW

Należy go mieć. Dzięki niemu mogę nie tylko napisać ów post, ale dzięki niemu i dziesiątkom (!) jego poprzedników, powstała Latająca Szkoła i masa innych rzeczy. Kto bez zeszytu po mieście chodzi, sam sobie szkodzi.

Zeszyty aktualnie mam dwa, oba z gumką i kieszonkami. Czerwony jest od spraw prywatnych i pozaszkolnych, jasnobrązowy tylko od Latającej Szkoły. Oprócz tego mam też telefon, którym często fotografuję coś, co mnie zainspiruje.

20150623_212342[1]

Dodatkowo podeprę swoje słowa o tym, że taki zeszyt mieć należy, autorytetem Ani Choying Drolmy.

Tak się złożyło, że dowiedziałam się ostatnio, przy okazji nieformalnego zjazdu dziewczyn, które brały udział w ostatniej edycji Latającej Szkoły (online/offline), od Kasi Marciniak (która zajmuje się malowaniem na jedwabiu w imię szerzenia przyjemności i zmysłowości, oto jej strona), że organizowała kiedyś koncert Ani Choying Drolmy w Polsce.

Natychmiast dostałam gęsiej skórki, ponieważ od dawna jestem fanką Ani Choying, a dokładnie od pierwszych minut, kiedy usłyszałam jej głos. Tylko zawsze zapominam jej imienia. Jest śpiewającą buddyjską mniszką z Nepalu. Mogłabym jej słuchać w trybie replay. Nonstop. Godzinami. Możesz sobie włączyć w tle i czytać dalej. Chociaż samo video jest przepiękne i może warto na chwilę się zatrzymać?

Do tej pory znałam ją tylko z Youtube’a, a teraz dowiedziałam się, że Ani nie tylko pięknie śpiewa, ale też działa na szeroką skalę, założyła szkołę, przedszkole dla dzieci samotnych matek w Nepalu, aktywnie wspiera ideę powstania hymnu całej Ziemii i … uważa, że należy przy sobie nosić zeszyt do notowania dobrych pomysłów.

No i jak była w Polsce, to często mówiła lub robiła coś, co dziewczynom zapadało w pamięć.

Na przykład nosiła przy sobie zeszyt i non stop coś notowała. Pytana o to, co notuje, mówiła: jak to co, pomysły! A wy nie macie takich zeszytów?

Mimo, iż jak to się mówi „jak w niebie rozdawali talent do śpiewu, to ja akurat byłam w ubikacji” to przynajmniej jedną rzecz mam wspólną z Ani Choying. Zeszyty.

A oto moje zapiski:

#1 NIE PROPONUJ SWOJEGO PRODUKTU NA ETAPIE NARZEKAŃ

20150623_212501[1]

Poczas tego samego szkolnego spotkania, Dorota Grądzka, znana również jako Dorota Natura Życia, ponieważ dziś zajmuje się naturalnymi sposobami leczenia, stawianiem baniek i ziołolecznictwem, a przez wiele lat była poważną „panią trener” i „specjalistką od sprzedaży szkoleń”, podzieliła się z nami wiedzą dotyczącą psychologii sprzedaży.

llewandowska_ban0301ki__06

To jest zdanie wyjęte z jej opowieści. Streszczę ją na tyle, na ile się da. Jeżeli mamy biznes, który rozwiązuje czyjś problem + nie oferujemy produktu taniego i pierwszej potrzeby (waciki, pasta do zębów, zielony gorszek … przepraszam jestem aktualnie uzależniona, musiałam go tu wcisnąć…), to wielkim błędem jest oferowanie naszych usług potencjalnemu klientowi ZBYT WCZEŚNIE.

Klient doświadcza problemu. Narzeka. Być może jeszcze nie szuka rozwiązania. Przeszkadza mu A i przeszkadza mu B. Jeżeli w tym momencie wskoczymy i powiemy „Hej! To proste! Mam dla ciebie produkt C, który doskonale niweluje A i zwalcza B”, to nasze szanse, że go zainteresujemy wynoszą 50%. Czyli na dwoje babka wróżyła.

Bardzo możliwe, że uruchomimy wątpliwości, wahania i mięsień prokrastrynacji, a nie radosny entuzjazm.

Jeżeli natomiast przejdziemy – w rozmowie – do etapu mówienia o rozwiązaniach i nasz potencjalny klient sam zacznie formułować jakie rozwiązanie byłoby dla niego idealne, to zaprezentowanie naszego produktu na tym etapie znacząco zwiększa nasze szanse na sprzedaż. Nie zapamiętałam o ile procent.

Niby jest to banalne i oczywiste, a jednak często obserwuję, że wiele biznesów „zbyt szybko” chce mi coś sprzedać. To ma oczywiście przełożenie również na sytuację, w której nie rozmawiamy bezpośrednio z klientem, ale na przykład „poprzez naszą stronę internetową”. Wchodzę i na dzień dobry mam ofertę „na stole”. A czasem potrzebuję nieco edukacji i przekonania się, że ja naprawdę potrzebuję tego, co tu dają…

2# NAJLEPSZE DLA LAJKÓW I SZERÓW JEST LUDZKIE CIAŁO

20150623_212653[1]

Krótki wstęp. W ostatni piątek wybrałam się do szklano-metalowego centrum biznesowego Olivia Business Center mimo, iż zdecydowanie wolę wycieczki do lasu, żeby zobaczyć wykład Ani Piwowarskiej z Autentycznego Copywritingu. Niestety, nikt jeszcze nie wpadł na to, że spotkania biznesowe powinny odbywać się w lesie. Na przykład pod jakąś ładną kopułą, co by ludziom nie nakapał deszcz do laptopów i notesów.

Spotkanie nie dotyczyło biznesu, ale promowania literatury, więc tym bardziej mogłoby być w lesie, a może właśnie tym mniej. Ponieważ lubię Anię i lubię literaturę, uznałam, że warto jechać, a po liczbie moich zapisków z tego spotkania, poznać, że naprawdę było warto.

Oprócz Ani, prelegentami byli Marek Rogala, twórca bardzo fajnej strony promującej trójmiejską kulturę eskaem.pl oraz Rafał Hetman, bloger piszący o książkach na czytamrecenzuje.pl (tak na marginesie, to bardzo się cieszę, że odkryłam jego bloga, bo czyta i recenzuje głównie non-fiction, czyli to co ja-tygrys lubię najbardziej). Wystąpienia Ani cytować nie będę, bo można je w całości zobaczyć na fanpejdżu Latającej Szkoły.

Marek Rogala, nieco na marginesie swojego wystąpienia, podzielił się obserwacją, że ciało ludzkie o wiele bardziej przyciąga uwagę, niż np. rośliny lub esyfloresy. Uwagę ludzi, rzecz jasna.

20150619_185228[1]

To oznacza, że w jego przypadku (strona eskaem składa się z ręcznie rysowanych, bardzo pomysłowych „kafelków”, z których każdy promuje inne wydarzenie kulturalne), kafelki czy też kwadraty z kawałkiem RĘKI lub TWARZY są częściej lubiane i udostępniane. Niż na przykład kafelki abstrakcyjne, albo takie na których jest narysowana meduza.

A to oznacza, że jeśli zastanawiasz się, czy jako zdjęcie profilowe na swoim fanpejdżu wstawić swoje logo, albo swoje zdjęcie, albo zastanawiasz się czy sfotografować bransoletkę swojej produkcji na nadgarstku, albo na białym tle, to odpowiedź jest JASNA.

I w ogóle może cię ta myśl zainspirować do czegoś… (Marek Rogala nie omieszkał wspomnieć w swoim wystąpieniu również o praktyce umieszczania ważnych komunikatów na zdjęciu pupy Kim Kardashian… podobno wzrost oglądalności gwarantowany…)

3# SCHOWAJ KSIĄŻKĘ W PARKU

20150623_213007[1]

Natomiast Rafał Hetman opowiedział o tym, jak narobić szumu wokół swojego bloga za cenę 80 zł. Albo raczej jak on to zrobił. Należy kupić dwie książki, w jego wypadku była to na początek Papusza, wydawnictwo Czarne, następnie owinąć je w folię i za pomocą taśmy klejącej przymocować do ławek w parku (od spodu).

20150619_191131[1]

Następnie należy rozesłać informację prasową do gazet i portali kulturalnych, o tym, że „bloger chowa książki w parku” i że ludzie mogą pójść i je znaleźć.

Akcję warto powtórzyć.

W książce zamieścić też kartkę wyjaśniającą, kto jest autorem akcji i że można sfotografować teraz swoją uśmiechniętą twarz, albo jeśli ma się dostęp – książkę na tle pupy Kim Kardashian i dla tak zwanego szumu wrzucić w social media.

W ten sposób zdobywa się sławę, rozgłos i szacunek otoczenia.

Mi osobiście pomysł bardzo przypadł do gustu i pomyślałam, że na przykład akcja chowania różnych wyrobów „latających kobiet” na Plantach mogłaby być ciekawa. Albo jeszcze lepiej w obrębie budynku ZUSu, co by oswoić tą nielubianą instytucję.

4# SCHOWAJ MACIEREWICZA (W SZAFIE, NIE W PARKU)

20150623_212951[1]

Rafał ciągnąc wątek promocji zauważył również, że czasem istotne jest, aby świadomie ukryć najgorzej kojarzący się naszemu odbiorcy element naszego produktu.

Najgorsze skojarzenie z PISem, dla osób niezdecydowanych, które należało pozyskać w trakcie kampanii wyborczej, to Antoni Macierewicz. Dlatego podczas kampanii Dudy, trzymany był w szafie.

Strategia może nie działać na dłuższą metę, ale idea odwrócenia uwagi od tego, co się źle kojarzy – do wykorzystania.

5# ZAMIEŃ PIĘTĘ W OBCAS

Można też postąpić dokładnie na odwrót. I zamienić „piętę achillesową w obcas”, jak ja to mawiam. Wyeksponować swój słaby punkt i zrobić z niego UVP. Jak Danielle La Porte głośno chwaląca się tym, że nie skończyła studiów. Nie masz tytułu coacha, a proponujesz sesje rozwojowe – obróć to na swoją korzyść. Nie masz siedziby (bo cię nie stać) – nazwij swoją firmę Latającą Szkołą, ha! Nie masz kasy na wizytówki – zrób je ręcznie – będą bardziej oryginalne. I tak dalej.

Przy całym moim polocie, nie mam jednak pomysłu jak tą strategię zastosować w przypadku Antoniego Macierewicza…

Pamiętaj, nigdy też nie umieszczaj nic na tle jego pośladków.

6# ROBISZ TO ŹLE

Rafał Hetman po raz trzeci. Info zza kulis współpracy z blogerami. Otóż nawet na blogu o książkach posty-recenzje książek są mniej chętnie odwiedzane niż posty-informacje o konkursach (sic!). To oznacza, że między wysyłaniem blogerowi jednej książki i poproszeniem o recenzję, a wysłaniem mu 2 książek i poproszeniem o zorganizowanie konkursu wśród czytelników, rozciąga się ocean zwiększonego zasięgu, wartego znacznie więcej niż cena drugiej książki, czego większość wydawnictw zdaje się nie rozumieć.

Jednym słowem wysyłaj blogerom 2 egzemplarze czegoś, co masz im do wysłania. I proś o zorganizowanie konkursu.

Hasło „Współpraca z blogerami. Robisz to źle” to po prostu jeden ze slajdów Rafała Hetmana.

7#BAN NA PODCINANIE SOBIE SAMEJ SKRZYDEŁ #pomidor

Opuszczamy chłopaków z Bibliocampu i wracamy do dziewczyn.

Jestem ostatnio szczególnie wyczulona na (niestety nagminne) werbalne umniejszanie sobie samej podczas opowiadania o tym, co się robi. Kobiety przodują w tej dyscyplinie, zostawiając mężczyzn daleko w tyle.

Wygląda to na przykład tak:

Pierwsze zdanie normalne, neutralne, afirmujące.

Po nim następuje zawieszenie głosu, pada magiczne słówko „ALE” i …

Drugie zdanie, w którym autorka wypowiedzi podkreśla, że:

– jeszcze czegoś nie robi

– jeszcze czegoś nie umie

– coś jej nie wyszło

One są ze sobą tak pięknie splecione, te dwie części, że nawet dla autorki wypowiedzi prawie niesłyszalne jest to przejście i ciche piłowanie gałęzi, na której siedzi.

Jest jeszcze masa innych wariantów. Nie będę ich nawet wymieniać. Chodzi o to, że dla nas samych jest to niesłyszalne, ale dla innych owszem.

I gdyby mieć takie słowo ostrzegawcze, na które byśmy się mogły umówić. W stylu „pomidor”.

Jakieś słowo neutralne, tajne, sygnalizujące „hej, znowu to zrobiłaś!”

ZNOWU PIŁUJESZ SOBIE GAŁĄŹ, KOCHANA I PODCINASZ SKRZYDŁA.

To mogłybyśmy sobie dyskretnie, koleżeńsko nawzajem zwracać uwagę na tą praktykę, którą tępić należy. Dla dobra planety.

8#KORELACJA POCZUCIE WŁASNEJ WARTOŚCI – TYP KLIENTÓW

Myśl kolejna z naszego spotkania. Wiele osób zauważa korelację między poczuciem wartości tego co się robi, a tym jakich klientów się przyciąga. Na początku, kiedy pływamy w morzu niepewności, częściej trafiają do nas osoby, które zapłacić nam nie chcą, proszą o zniżki, bartery i ogólnie stawiają nas w niezręcznych sytuacjach.

Jest taka zależność. Ja bardzo ostrożnie podchodzę do teorii „energetycznych pól” i myślokształtów, które „kreują” rzeczywistość, więc tylko odnotuję i nie będę jej próbowała tłumaczyć.

9#BARTEREM ZUSU NIE OPŁACISZ

20150623_213042[1]

W nawiązaniu do poprzedniego punktu. Co robić, kiedy zamiast klientów, którzy by nam mogli zapłacić w złotych polskich emitowanych przez Bank Narodowy z pięknymi wizerunkami polskich królów (szkoda, że żadna królowa się nie zaplątała), przychodzą do nas głównie osoby, które zapłaciłyby najchętniej coachingiem, albo czymś innym, czego w danym momencie nie potrzebujemy?

Wymiana barterowa, czyli bezgotówkowa to fajna rzecz. Szczególnie na starcie. Ty mi zrobisz stronę, ja ci napiszę teksty na twoją.

Podstawą jest jednak poczucie fair trade. Obustronne.

Inaczej barter przestaje być fajny.

I jest tak jak pisze jedna osoba do mnie w mailu (nie wiem, czy chce być ujawniona):

„Mam zagwozdkę. Bardziej zależy mi na projektach, które zapewnią mi dochód. Na barter mogę umówić się w wolnym przebiegu, którego nie mam. Większość propozycji nie jest adekwatna do kosztów, a nawet moich potrzeb (…)Podpowiedz mi jak to mądrze rozegrać i nie obrazić nikogo odmową? (…)Druga sprawa – jak negocjować warunki barteru, aby nakład pracy 2 stron był taki sam. Tu nie ma żadnej umowy, jak rozumiem?”

Zacznę od końca.

Umowę można i warto sporządzić, nawet gdyby miała formę kilku punktów w mailu.

Nie ma co szukać „równego nakładu pracy” na siłę, tylko równej satysfakcji.

Napiszę komuś teksty na stronę, on mi zrobi sesję zdjęciową. Mi to zajmie tydzień, jemu jeden dzień. Nakład inny, a deal może być tak samo korzystny. I radość z obu stron tak samo wielka.

A co jeśli nie czujemy radosnego podniecenia, tylko ścisk w dołku?

A jak odmówić komuś, nie obrażając go?

  1. Przypomnieć sobie uniwersalną zasadę „pytać nigdy nie zawadzi” i zauważyć samemu dla siebie, że osoba prosząca po prostu z niej skorzystała!
  2. Zacząć od podziękowania i wyrażania radości/zadowolenia czy też innych pozytywnych uczuć, że ktoś chce skorzystać z naszej pracy (no bo przecież takie „barterowe zainteresowanie” to jednak pewien kapitał, to niemądre, żeby komuś odszczeknąć „nie, spadaj na drzewo, barterowska pijawko!”)
  3. Ponieważ wychodzenie z propozycją barteru to zawsze ryzyko odmowy, możemy podkreślić, że doceniamy to, że dana osoba odważyła się do nas zwrócić.
  4. Odmówić.
  5. Powiedzieć dlaczego się odmawia. Szczerze. Bez ogródek. „W tym miesiącu nie mam zupełnie miejsca na projekty barterowe” albo „Mam taką zasadę, że decyduję się na barter jedynie, jeśli dostaję ofertę, której bardzo pilnie potrzebuje” albo „Mam taką zasadę, że zgadzam się tylko na jedną wymianę baterową na pół roku„.
  6. Jeszcze raz podziękować.

Nieco szerzej pisze o tym moja guru od pisania, czyli Alexandra Franzen. Tyle, że po angielsku.

To moje ostatnie zapiski. Który sobie zabierasz? A może masz coś swojego, świeżego i ciekawego, czym chcesz się podzielić? Nie krępuj się.