Marzysz o zdobyciu super zlecenia. O tym, żeby wspomniał o tobie wpływowy bloger. Chciałabyś wystąpić na kolejnym TEDx Warszawa, albo zaprosić do współpracy grafika, którego od dawna podziwiasz. Czujesz IMPULS NAPISANIA LISTU. Maila. Bo przecież jest ktoś, kto może zadecydować o tym, że to właśnie ty – wystąpisz na konferencji, zostaniesz wymieniona w artykule, zaprojektujesz okładkę nowej płyty swojego ukochanego zespołu.

Siadasz przed komputerem.

Ok, ale co dalej?

Czy istnieje magiczne zaklęcie, abrakadabra, które otwiera sezamy, serca i umysły? Podobno słowo „abrakadabra” wywodzi się z aramejskiego „niech się stanie, to co wypowiedziane”. Słowa mają moc. Jak jej zatem użyć?

Bierzmy przykład z najlepszych. Dlaczego nie? To najlepsza strategia!

Mam dla ciebie inspiracje. Pochodzą z pięknie wydanej przez Wydawnictwo Sine Qua Non książki „Listy Niezapomniane”.

(Mała notka na boku. Ta książka to kolekcja listów zebranych przez Shauna Ushera, zawiera listy różnych znanych i nieznanych ludzi i jest najbardziej smakowitą lekturą na upalne lato. Mamy tu list 14 letniego Fidela Castro do prezydenta Roosvelta z prośbą o przesłanie 10 dolarów, list Ghandiego do Hitlera z prośbą o zaprzestanie działań wojennych, ale również listy które odniosły zamierzony skutek, bo te dwa które wymieniłam pozostały bez odpowiedzi … np. list Mario Puzo do Marlona Brando z propozycją zagrania w Ojcu Chrzestnym. Co ciekawe, Shaun Usher gromadził listy na swoim blogu www.lettersofnote.com i wciąż można je tam przeczytać, co mnie skłania do tego, żeby zachęcić te z was, które myślą o wydaniu swojej książki o tym, żeby zacząć od bloga. Panuje jakiś dziwny zabobon, że założenie bloga a potem opublikowanie książki z (prawie) tą samą treścią nie jest możliwe. A jest dokładnie na odwrót! Co ciekawe, jest to kolejna książka, którą kupiłam, mimo iż można jej treść znaleźć w formie bloga on-line i ani przez sekundę nie żałowałam zakupu.

Plus przykład Shauna Ushera dowodzi, że dziś coraz większe jest zapotrzebowanie na KURATORÓW TREŚCI, nie tylko twórców. Powtarzam to od dawna i bardzo lubię takie projekty, na nowo porządkujące rzeczywistość i odkurzające zapomniane perełki).

Zacznijmy od mistrza Leonarda da Vinci.

Szukający zleceń trzydziestodwuletni Leonardo napisał do Ludwika Sforzy. List ten sprawił, że Leonardo natychmiast dostał to, czego chciał. Czyli pracę na dworze księcia.

Poznawszy, dostojny Panie, i zbadawszy doświadczenia wszystkich tych, którzy mienią się być mistrzami w sztuce wynajdywania maszyn wojennych, i sprawdziwszy, że maszyny ich nie różnią się niczym od będących w powszechnym użyciu, postaram się, nie czyniąc nikomu krzywdy, odkryć Waszej Ekscelencji pewne tajemnice będące moją osobistą własnością i po krótce tu wyliczone:

  1. Znam sposób budowania mostów bardzo lekkich, mocnych i łatwo przenośnych (…).
  2. W przypadku oblężenia miejsca wiem, jak odprowadzić wodę z fos i budować (…) drabiny i inne przyrządy do szturmu.
  3. Item, jeżeli z powodu wysokości lub mocy miejsce nie może być zbombardowane, znam sposób niszczenia zamków lub fortec, których posady nie są kamienne.
  4. Umiem sporządzić bombardy łatwo przenośne, które rzucają małe kamienie na kształt burzy (…).
  5. Item, za pomocą przejść podziemnych, ciasnych i krętych, drążonych bez hałasu, umiem prowadzić drogę nawet pod fosami i rzeką.
  6. Item, umiem budować wozy zakryte i niezniszczalne, które wioząc artylerię, przełamują szeregi nieprzyjacielskie i rozbijają najsilniejsze wojska, a infanteria może postępować za nimi bez trudności.
  7. Umiem sporządzać w potrzebie działa, moździerze, pociski ogniowe o kształcie praktycznym i pięknym i różne od będących w użyciu.
  8. Tam, gdzie nie można posługiwać się działem, mogę zastąpić je przez katapulty i inne narzędzia do rzucania pocisków, o skutku zadziwiającycm i dotychczas nieznane; wreszcie w jakimkolwiek bądź wypadku umiem znaleźć niezliczone środki do ataku i do obrony.
  9. Jeśli chodzi o bitwę morską, to posiadam liczne maszyny o największej sile, tak dla ataku, jak i obrony, i statki, które opierają się najżywszemu ogniowi, i prochy, i pary.
  10. W czasie pokoju mogę dorównać, jak wierzę, komukolwiek bądź w architekturze, wznoszeniu pomników prywatnych czy publicznych i przeprowadzaniu wody z miejsca na miejsce. Umiem wykonywać rzeźby w marmurze, brązie, terakocie, w malarstwie umiem zrobić to, co zrobiłby inny, kimkolwiek by on był. Poza tym podjąłbym się wykonać konia z brązu na wieczną paniątkę Waszego Ojca i dostojnego domu Sforzów.

A jeśliby którakolwiek z powyżej wymienionych rzeczy wydawała się wam niemożlwą lub niewykonalną, jestem gotów uczynić próbę w waszym parku lub wszelkim innym miejscu wedle upodobania Waszej Ekscelencji, której polecam się z całą pokorą.

Ten list można potraktować jako wzór.

Uderzają mnie cztery rzeczy:

  1. Leonardo szybko przechodzi do sedna. Myślę, że to dziś nawet ważniejsze niż 500 lat temu.
  2. Cojones grandes. Jak ktoś nie wie, co znaczy to hiszpańskie słowo, niech poprosi prof. Googla o pomoc… Prosto z mostu (lekkiego, mocnego i łatwo przenośnego…) i bez fałszywej skromności, mówienie „jestem bardzo dobry w tym co robię!” działa. Swoją drogą, czy to coś zarezerwowanego dla panów?
  3. Pisze tylko o takich rzeczach, o których wie na 100%, że wzbudzą zainteresowanie odbiorcy. Resztę pomija. A miał wiele osiągnięć, którymi mógłby się chwalić.
  4. Dowody i przejście do działania. Na koniec bardzo konkretnie zachęca księcia do sprawdzenia swoich umiejętności i do zaproszenia Leonarda na swój dwór.

Oczywiście Leonardo był geniuszem i nie rzucał słów na wiatr. Jak pisał, że umie w malarstwie zrobić to, co zrobić może „ktokolwiek inny, kimkolwiek by był”, to nie był to blef. Ale nawet geniusz musiał uciec się do autoreklamy. Gdyby nie ów list książę Ludwik pewnie nie wpadł by sam na to, żeby zatrudnić Leonarda!

A teraz pora na smutną prawdę.

90% kobiet, które znam, nawet gdyby umiało sporządzić „bombardy łatwo przenośne, które rzucają małe kamienie na kształt burzy”, pomyślało by wpierw: „ach, ale czy aby na pewno ów deszcz kamieni jest wystarczająco rzęsisty? Może poczekam, aż uda mi się skonstruować trojańskiego borsuka i wtedy napiszę do księcia. Na razie chyba nie ma się czym chwalić…”

Dlatego „metoda na Leonarda” 90% procent kobiet, które znam wyda się ciekawa, interesująca i godna uwagi, ale nigdy … jej nie zastosują.

Stąd moja druga propozycja – „metoda na Roberta Pirosha”. Oczywiście nikt nie wie, kim był Pirosh i przez to jej nazwa brzmi mniej sexy i możesz pomyśleć, że sama metoda jest gorsza. Bynajmniej. Mam taką książkę na półce „Myśleć jak Leonardo da Vinci”. Sprzedała się w dużym nakładzie i warto zauważyć, że nie mam książki „Myśleć jak Robert Pirosh”, bo nikt jej nie napisał, ale to mało istotne  z naszego punktu widzenia.

Pirosh był nowojorskim copywriterem, który postanowił zostać hollywoodzkim scenarzystą. Był rok 1934. Pirosh wyjechał do Kalifornii, zebrał jak najwięcej adresów reżyserów i producentów filmowych i napisał do nich piękny list, który zapewnił u trzy rozmowy o pracę, zatrudnienie w studio MGM na stanowisku młodszego scenarzysty, a 15 lat później doprowadził go do Oscara w kategorii najlepszy scenariusz.

Drogi Panie,

lubię słowa. Lubię tłuste, maślane słowa, takie jak „muł”, „atłas”, i „tłuc”. Lubię słowa kanciaste i skrzypiące, jak „purytański”, „spowinowacony”, „druzgocący” czy „skatalogować”. Lubię kłamliwe, mylące słowa, takie jak „grabarz”, „rokosz”, „pysznić” czy „półświatek”. Lubię wyrafinowane słowa zawierające literę w: „wysmukły”, „werwa”, „brawura”. Lubię słowa chrupiące, łamliwe i kruche, jak „drzazga”, „borykać się”, „potrącać” czy „skorupiasty”. Lubię posępne, chmurne słowa, jak na przykład „przyczajać się”, „dybać”, „parszywy” i „cham”. Lubię wzniosłe, natchnione słowa, takie jak „odświętny”, „dystyngowany” i „zniesmaczony”. Lubię te eleganckie i kwieciste, jak „letni”, „błądzić”, „zimorodek” i „Elizjum”. Lubię też glistowate, wijące się i gąbczaste, takie jak „pełzać”, „pokłon”, „plantacja” i „kroplówka”. Lubię w końcu zabawne słowa, na przykład „bąbel”, „klapa”, „bekać” i „bulgotać”.

Znacznie bardziej lubię słowo „scenarzysta” niż „copywriter”, postanowiłem więc rzucić pracę w agencji reklamowej w Nowym Jorku i spróbować szczęścia w Hollywood, jednak zanim skoczyłem na głęboką wodę, wybrałem się jeszcze na rok do Europy, aby się tam uczyć, wygłupiać i rozmyślać.

Właśnie stamtąd wróciłem i nadal lubię słowa.

Czy mogę kilka z Panem zamienić?

Robert Pirosh
385 Madison Avenue
Pokój 610
Nowy Jork

Podoba Ci się? Trik polega na tym, aby zamienić cojones grandes na corazon grande. Czyli na wielkie serce. Pokazać swój entuzjazm i swoją pasję.

Entuzjazm i zapał są czasem lepszym paszportem, niż perfekcja.

Nie czujesz się na siłach, aby chwalić się swoimi osiągnięciami? Użyj swojego zaangażowania i siły zachwytu jako klucza, który otworzy pozamykane drzwi. Entuzjazm jest zaraźliwy. Zaangażowanie i pasja prowadzą ostatecznie do mistrzostwa. Napisz o tym, co lubisz lub kochasz.

Możesz też wszystko okrasić humorem i przymrużyć szelmowsko oko.

W Listach niezapomnianych jest też list 23 letniej Eudory Welty do New Yorkera, która bardzo chciała dostać tam posadę (rok 1933).

Oto jego fragmenty.

Panowie

domyślam się, że bylibyście bardziej zainteresowani zręczną sztuczką magika, niż aplikacją na jedno ze stanowisk w Waszej gazecie, jednak jak wiadomo, nie można mieć wszystkiego.

(…)

Jeśli chodzi o to co mogłabym Panom zaoferować – widziałam zastraszającą liczbę filmów i wystaw malarskich, które jak sądzę, mogłabym dla Panów bezstronnie recenzować, ostatnio wymyśliłam nawet neologizm określający obrazy Matisse’a po tym jak obejrzałam jego ostatnią wystawę, mianowicie: konkubinarbuz. Pokazuje to jak działa mój umysł – szybko i nietyowo (…) Tak bardzo chciałaby dla Panów pracować! Jeden maleńki felietonik każdego ranka – albo każdego wieczoru, jeśli nie możecie, Panowie, zatrudnić mnie w dziennym wymiarze – choć zapewniam, że gotowa jestem tyrać jak niewolnik. Potrafię też rysować jak pan Thurber, na wypadek gdyby mu odbiło (…)

Wiele z listów opublikowanych w antologii zmieniło życie ich nadawców.

Niektóre bardziej, inne mniej.

W pomyśle, aby napisać do kogoś nam nieznanego, a często znanego, czai się zawsze iskierka przygody i niespodzianki. Uwielbiam takie iskierki i uwielbiam je rozniecać. Jako nastolatka pisałam pracę na języku polskim o powieści Tomka Tryzny „Panna Nikt” i postanowiłam ją przesłać autorowi przez wydawnictwo. Ku mojemu zdumieniu dostałam od niego odpowiedź, którą przechowuję do dziś.

Maria Kula z Perypetii jako studentka napisała do Tadeusza Konwickiego. Również dostała piękną odpowiedź, którą nie tylko przechowuje do dziś, a która była dla niej ogromnie ważna.

Dla odmiany, mój dziadek Mietek pisał często listy do różnych firm, sugerując im jak mogą usprawnić swoje wyroby (np. do producentów pierogów, sugerując im inne smaki i większą czcionkę na opakowaniu) i zwykle nie dostawał odpowiedzi… Przytaczam ten przykład, żeby nie było zbyt cukierkowo…

Jednak znam wiele historii, kiedy impuls napisania listu przerodził się w coś bardzo dobrego. Dlatego nie gaś impulsów i nie duś ich w sobie. Wypuszczaj je jak jaskółki, bez oczekiwania, że przyniosą wiosnę, czy jakiekolwiek inne dary. Rób to, co czujesz i ciesz się z samego aktu, nawet jeśli pozostanie bez odpowiedzi.

Masz jakieś ciekawe historie z listami/mailami w roli głównej w zanadrzu? Podziel się!