Za kulisami Pracowni FEN, czyli z pamiętnika rękodzielnika.

Mam na imię Alicja i jestem Studentką Najwyższej Szkoły Biznesu. Zajęcia w niej prowadzi prof. Życie Realne. Moja Alma Mater, która obdarzyła mnie pięknymi latami życia i tytułem magistra, nie zadbała o moje relacje z klientami. Dość szybko, bo w 3 rocznicę obrony dyplomu zrozumiałam, że uczelnie wyższe nie mogą nauczać o relacjach z klientami.

Najzwyczajniej w świecie nie mają o nich zielonego pojęcia.

Geneza brzemiennej w skutkach decyzji.

Do Najwyższej Szkoły Biznesu trafiłam na skutek życia zawodowego, które uprawiane za długo doprowadziłoby mnie do depresji, myśli samobójczych. Ewentualnie do więzienia, ponieważ snułam plany zrobienia krzywdy moim niedobrym szefom.

Jeden mało płacił i robił pranie mózgu. Przez półtora roku regularnie chadzałam do jego gabinetu z zamiarem rozerwania go na strzępy, zdemolowania gabinetu i wywalczenia podwyżki. Wychodziłam spokojna jak nenufar dryfujący na jeziorze, pełna zapału do dalszej pracy i bez podwyżki. Jaka podwyżka? Nie należy mi się żadna podwyżka! Potrzebowałam półtora roku, by przestać wierzyć w te bajki i się zwolnić.

Zwolniły się też dwie koordynatorki, założyły własną firmę,  a ja zostałam ich projektantką. Praca była przyjemna i przebiegała we wzorowej atmosferze. Cud, miód i raj z nimi był. Pozytywnych słów pod dostatkiem, słodkie obietnice świetlanej przyszłości… Tak, tak, było za pięknie. Dziewczęta pokłóciły się i swą spółkę rozwiązały.

Potem był całkiem porządny szef. Płacił na czas, bez marudzenia i było na czym pracować. Miał tylko jedną wadę. Nie dusił w sobie złych emocji. Tylko się darł. Albo głosem spokojnym robił złośliwe przytyki. Zachowywał się też trochę jak klawisz w więzieniu. Kto szedł na papierosa, musiał uważać, by nie wejść w zasięg monitoringu.

– E tam – wspierała mnie rodzina – Przecież każdy szef ma jakieś wady.

Mój obecny miał tyle wad, że uknułam plan zajścia w ciążę i ucieczki na zwolnienie, a potem na macierzyński. A potem uknułam plan stworzenia własnego biznesu. Biżuteria, rękodzieło! Tak! To jest to! I zaczęło się grzebanie w koralikach popołudniami i w weekend! Filcowanie na mokro i sucho! Ćwiczenia praktyczne z fotografii studyjnej komórką! Marzyłam o dniu, kiedy opuszczę tę firmę. Aż dnia pewnego szef postanowił zrobić w swoim kramiku miejsce dla znajomej znajomego. Dziewczę przepracowało poniedziałek. O 16 w ów poniedziałek oświadczyła, że to jednak nie jest zajęcie dla niej, ona tu pracować nie będzie. Mądra dziewczynka.

I we wtorek szef znowu szukał projektanta. Do mnie nie zadzwonił. Czuja miał, nie dałabym już się zamknąć do tego więzienia.

– I co, szukasz jakiejś pracy?

– Nie, mam serdecznie dość etatów.

– Przesadzasz, na pewno nie było tak źle.

Uzbrojona w Miecz Empatii oraz Tarczę Zrozumienia ruszyłam na podbój rynku akcesoriów.

Trudne początki

Pamiętam to uczucie, kiedy zrobiłam pierwsze kolczyki. Łał, udało się! Jakie piękne! Pamiętam też uczucie lekkiego zdziwienia, kiedy cała moja misterna konstrukcja złożona z dwóch koralików nabytych w Empiku została zgubiona przez mamę, gdyż źle je przymocowałam do bigla. Ale co tam, człowiek się na błędach uczy.

Fajnie się pracuje w domu. Szczególnie, gdy za oknem śnieg z deszczem i przymrozek. Można sobie wstać i zacząć grzebać w koralikach bez tego całego szykowania się, gasnących zielonych świateł i wiecznie śpieszących się zegarków. Bez stresu, że zapomnę śniadania do pracy. Można się zapaść rozkosznie w sfilcowany sweter i puchaty szlafrok. Można coraz oszczędniej wychodzić z domu i mieć wszystko gdzieś. Można odkładać wystartowanie ze sprzedażą na wieczne jutro.

Mój pierwszy fanpejcz na Facebooku był naprawdę… nieprofesjonalny. Miałam okropne logo i amatorskie zdjęcia. Dla mnie był jednak ogromnym sukcesem. Włożyłam mnóstwo pracy w zdjęcia, obróbkę zdjęć, stworzenie sobie logo, opisy, na dodatek pokazanie światu, co robię, było dla mnie aktem niezwykłej odwagi! Gdy już zdążyłam przekonać samą siebie, że jestem na prostej drodze do sukcesu, zatroskany głos w słuchawce pytał mnie:

– Ile już zarobiłaś na tej biżuterii?

Jak to ile… Przecież nie założyłam jeszcze sklepu!

Jak przekuć największy kompleks w największy atut zawodowy

Parę miesięcy i miliard wyciągniętych wniosków potem miałam odwagę wejść na wagę. To, co tam zobaczyłam, było zaiste przerażające. Nadto zakupy w sklepach odzieżowych stały się problematyczne. Nie dość, że nic tam na mnie nie mają, to jeszcze mi się nic nie podoba! Cudem udało mi się upolować dwie dzianinowe marynarki. Dzwonię się pochwalić swym szczęściem.

– A po co ci marynarki, skoro tylko w domu siedzisz?

No właśnie, po co mi? Mogę przecież wszędzie chodzić w sfilcowanym szlafroku, który nie jest jeszcze za mały!

Pewnego dnia zasiadłam do maszyny należącej do mamy i zaczęłam szyć. Zaopatrzona w wiedzę pochodzącą z tryliarda tutoriali zamierzałam stworzyć dla siebie spódnicę.

– Ja nie wierzę w to, że ty uszyjesz spódnicę! – oświadczyła wspierająco moja rodzona siostra. Cóż, każdy sądzi według siebie. Kiedy siostra postanowiła ozdobić lnianą torbę cekinami, przyszyła sobie ową torbę do nogawki. Jej brak wiary mnie nie zdziwił.

– I co, łyso ci? – zapytałam ubrana w nową spódnicę.

– Wcale nie, o co ci chodzi – odpowiedziała.

Nabycie przeze mnie umiejętności krawieckich wzbudziło szacunek i podziw otoczenia. Babcia, na ten przykład, nigdy nie pochwaliła mojego pierścionka wykonanego w czasochłonnej i wymagającej precyzji technice wire-wrapping. Ale że sama uszyłam bolerko? Z rękawami? I żadnego nie przyszyłam do kołnierza?

– Na piątkę! – oświadczyła babcia, osoba sporo w tej materii umiejąca, bo całe życie szyjąca.

Tak oto przestałam zamartwiać się zawartością mojej szafy, i prędko wzniosłam się ponad poziom „Umiem zszyć dwie szmaty i wymienić tępą igłę”. Prędko zapełniłam swą szafę coraz lepiej uszytymi sukienkami i spódnicami.

A potem, skrótowo mówiąc, biżuteria ewoluowała w kołnierzyki. Kołnierzyki ewoluowały w peleryny. Z peleryn wypączkowały akcesoria. I mamy dzień dzisiejszy. Działam, rozwijam się, w świadomości konsumentów swą obecność zaznaczam. Zbieram zamówienia i przekraczam szklaną ścianę, która nie pozwalała mi sprzedawać…

Czym była szklana ściana, która nie pozwalała mi zrobić kroku ku świetlanej przyszłości?

Z całego wachlarza mych umiejętności ze sprzedażą i promocją miałam największy kłopot. Jak to zrobić w ogóle? Gdzie? Do kogo napisać? Gdzie pójść? Zapisałam się do Latającej Szkoły Biznesu. Poznałam mnóstwo fajnych kobiet. Jednak czułam się trochę tak, jakbym trzymała w rękach odpowiednie narzędzia i nie umiała ich użyć. Zaczęła się intensywna praca myślowa: czemu im się sprzedaje, a mi nie? Czemu po Latającej Szkole niektóre dziewczyny podbijają świat, a ja w miejscu tkwię?

Olśnienie przyszło w pewien upalny dzień, kiedy na ulicy Półwiejskiej w Poznaniu pewna przesympatyczna dziewczyna zaczepiła mnie celem namówienia na zostanie darczyńcą na rzecz bitych żon. A ja sprzedałam jej pelerynę. I to pelerynę, której nie miałam!

Tu musi pojawić się dygresja. Otóż peleryna była dla mnie zawsze fascynującą częścią garderoby i zawsze chciałam pelerynę mieć. Lubię wszelkiej maści fantastykę, gry RPG w mediewistycznych realiach… Zawsze ubieram swoją postać w pelerynę. Każdy szanujący się mag nosi pelerynę! Zawsze chciałam być magiem i nosić pelerynę. A gdy zupełnie nie tego szukając trafiłam w internecie na książkę pani Zofii Hanus na temat konstrukcji peleryn, pomyślałam „To jest znak!” Książkę kupiłam, wykrój na pelerynę narysowałam, pomaszerowałam do drukarni, by mi wydrukowano ów wykrój, a po drodze zaczepiła mnie dziewczyna od bitych żon i fanka Severusa Snape’a w jednym…

– To jest znak! – wykrzyknęłyśmy zgodnie. Peleryna powstała.

Czujecie już, jaki wniosek wysnułam z tej przygody?

Czasem potrzebuję zjawiskowo wyglądać. Otwieram szufladę z wykonanymi przez siebie rzeczami. Patrzę. Zamykam, bo nie mam co na siebie włożyć. Ale zaraz… jestem rękodzielnikiem, twórcą akcesoriów wszelkiej maści. Dlaczego nie mam co na siebie włożyć? Odpowiedź jest prosta i trudna jednocześnie. Otóż wszystkie rzeczy, które były wspaniałe, w które wierzyłam i które chętnie sama bym nosiła, sprzedałam! Zostały ze mną tylko te, do których nie jestem przekonana. Ot cała tajemnica Biznesowego Wszechświata. Chcesz sprzedać swój produkt? To najpierw samą siebie zapytaj: czy ja bym to kupiła?

Tak oto rozwiązałam większość swoich problemów. Nawet lenia przegoniłam. Trzeba gdzieś napisać, zadzwonić, zorganizować? Pewnie, już lecę! Ale gdzie się podziały moje wymówki? Gdzie moje „Nie chce mi się”, „Później” i „Jutro”? Gdzie moja szklana ściana?

Pewnie, że nie jest różowo. Nie funkcjonuję bez przerwy pół metra nad ziemią. Są przeszkody i jest zmęczenie. Pakuję się w różne nieudane przedsięwzięcia. Za to jest motywacja i głębokie przekonanie wewnętrzne, że robię dokładnie to, co trzeba

O czym jeszcze nie napisałam i czym jest Lekkie Pióro Do Wynajęcia?

Chciałam napisać o tylu rzeczach, a to już trzecia strona tekstu w Wordzie. Wszyscy piszą tak krótko, tylko mi się buzia nie zamyka tudzież klawiatura nie zatrzymuje.

A zapomniała napisać o mężu i jego skomplikowanych komplementach typu „Nie sądziłem, że tak dobrze ci to wyjdzie”.

O Paulinie i Marcie, które żyją w stuprocentowym przekonaniu,że zasiądę w jury ósmej edycji Project Runway.

O Ani, która szyje sukienki i funduje mi co jakiś czas taki opiernicz, że biorę się za robotę nawet, jak mi się nie chce. Wszystko po to, by się przed Anią nie wstydzić, że coś mam jeszcze nie zrobione.

O dniach, kiedy chciałam iść do kącika majsterkowiczów w Zakładzie, poprosić o największy młotek, jaki jest, by móc z całej siły palnąć sobie nim w łeb.

I wreszcie o Lekkim Piórze Do Wynajęcia oraz o Jedwabnej Kasi, która była bezpośrednim Spiritus Movens całego przedsięwzięcia. Jedwabna Kasia oświadczyła, że mam lekkie pióro i poprosiła mnie o napisanie tekstów na jej stronę. I że koniecznie powinnam napisać książkę.

– Ale o czym miałaby być ta książka?

– A nie wiem – odpowiedziała – Ale napisz.

Nie śmiem jej nie posłuchać.

 

Jeśli urzekła Was moja historia i chcecie więcej, zapraszam w następujące miejsca:

pracownia-fen.pl – kołnierzyki, peleryny, akcesoria. Niedługo sesja zdjęciowa i aktualizacja.

www.facebook.com/pracownia.fen – fanpejcz Pracowni FEN

www.facebook.com/lekkie.pioro/ – fanpejcz poświęcony szlifowaniu umiejętności pisarskich.

Moją opowieść zakończę pięknie podsumowującym cytatem z „Kobiety dość doskonałej” Sylwii Kubryńskiej:

„Podobno każdy człowiek ma dwa życia. To drugie zaczyna się wtedy, gdy zrozumie, że ma tylko jedno”