Autorka: Iga Nasiex
Założycielka marki rękodzielniczej „Bike and Soul”

Od zawsze szukałam swojego miejsca na ziemi. Zazdrościłam ludziom którzy wiedzieli czego chcą od życia i dążyli do celu każdego dnia. Sama nieustannie goniłam za jakimś „chciejstwem”, które ukierunkowałoby moje działania. Przygoda za przygodą, kolejne przyjaźnie, doświadczenia i głos w mojej głowie, który krzyczał: Co Ty do cholery chcesz robić w życiu?! Wiedziałam tylko, że chcę być wyjątkowa, otulać ludzi ciepłem swoich myśli i czynów. Szerzyć radość. Pozostało tylko znaleźć formę, która i mnie dawałaby szczęście, bo bez tego ani rusz.

Wszystko zmienił dzień, w którym wyjechałam do Sztokholmu. Nigdy nie zapomnę wieczoru, w którym moja mama pocałowała mój zapłakany policzek. Mimo ogromnej ekscytacji byłam przerażona. Zaklejając ostatni karton wiedziałam, że zamykam w nim nie tylko ulubione graty, ale całe moje dotychczasowe życie. Nie myliłam się.
Pierwsze 12 miesięcy było mieszanką łez szczęścia i smutku. Tęsknota za rodziną ściskała mnie za serducho każdego dnia, a bezskuteczne poszukiwania pracy wpędzały mnie do wielkiej czarnej dziury. Jednak pragnienie znalezienia celu było silniejsze. Zwiedzałam miasto, szukałam inspiracji, grzałam się w ramionach ukochanego i przemierzałam Szwecję na rowerze.
Nagle, wiosną 2014 wszystkie trybiki wskoczyły na swoje miejsca, a to za sprawą resztek włóczki, które wygrzebałam z dna walizki. Chwyciłam szydło i nadal nie wiem dlaczego, zrobiłam sweter… sweter rowerowy. Następnego ranka, o świcie siedziałam na schodach naszej kamienicy i ubierałam w niego mojego bicykla. Chwilę później pędziłam przez miasto. Pedałowałam jak szalona, wiatr smagał moją twarz, a uśmiech aż rozrywał moje policzki. Wreszcie wiedziałam czego chcę!
Kilka dni później znalazłam na starym mieście porzucony rower,i  z pomocą mojej drugiej połowy „pomalowałam” go włóczką, po czym nieudolnie wyhaftowałam na ramie nazwę mojej małej marki, i przypięłam „eksponat” pod szwedzkim parlamentem! Ekscytacja sięgała zenitu.
Wieczorem mój luby założył mi stronę, ja odpaliłam fejsa i zaczęłam działać ze zdwojoną siłą. Gdy po jakimś czasie, zaczęłam interesować się Instagramem, znalazłam tam przepiękne fotki mojej maszyny, a na maila zaczęły przychodzić listy ze świata, od turystów, którzy zatrzymali się na chwilę przy mojej rowerowej rzeźbie (link)

Chciałabym napisać, że potem było już tylko z górki, ale życie to nie bajka, więc potem na przekór było pod górkę, bo tak jak mawia starszyzna: początki są trudne. Stanęłam przed bezkresem wyzwań. Od rzeczy najmniejszych jak logo, metki, ulotki… po rzeczy duże jak marketing, księgowość,zdjęcia, projekty. Cały czas się uczę, rozwijam, ale przede wszystkim tworzę i rozsyłam po całym świecie moją pozytywną energię, w formie włóczki przekształconej za pomocą szydła w coś unikatowego. Między oczka wplatam ciepłe myśli, a każde zamówienie dodaje mi skrzydeł. Nigdy nie byłam bardziej zakochana w tym co robię.

Wszystko nabrało sensu, a to ile energii dostaję od otaczających mnie ludzi nieustannie mnie wzrusza i daje kopa niczym milion najmocniejszych kaw! Pięknym prezentem urodzinowym obdarował mnie Marek z Czynnych Filmów, który podczas swoich zimowych wakacji pomógł mi zrealizować moje marzenie. Nie będę się rozpisywała, po prostu podzielę się efektem, bo uważam, że ten film mówi więcej, niż tysiąc słów
Tak, jestem też instruktorem narciarstwa, to moja wielka miłość, którą uwielbiam łączyć z wełną, bo czy może być coś milszego, niż ubieranie cudownych głów, ukochanych kursantów w piękne kolorowe czapy i obdarowywanie ich kawałkiem siebie? NIE!

Każde kolejne wydarzenie utwierdza mnie tylko w tym, że upór i konsekwencja w działaniach, zawsze zostanie wynagrodzona, a moje życiowe motto: „dobro jest jak bumerang” zawsze będzie na czasie!  Znów tarzam się w życiu, ale tym razem znam kierunek turlania. Wreszcie znalazłam swój Mount Everest i nie boję się na niego wspinać każdego dnia. W słońcu, w śnieżycy, z bagażem doświadczeń, z lawiną na szlaku… ważne żeby zbliżać się do szczytu. Przeskakuję kłody, które życie rzuca mi pod nogi, jak kozica lub rozkwaszam sobie na nich nos, po czym wyciągam wnioski i podnoszę się za każdym razem silniejsza.

Dlaczego to piszę? Bo uważam, że każda z nas jest z tej samej gliny, każda bez wyjątku szuka lub już znalazła swoją górę i teraz musi znaleźć odwagę żeby rozpocząć wędrówkę. Marzenia mają sens tylko wtedy, gdy znajdziemy odwagę żeby je realizować. Nie wiem co jeszcze mogłabym napisać żeby dodać wam wiary i pomóc wyrosnąć skrzydłom, ale jedno wiem na pewno, każda z Was może tego dokonać.
Jak mawia nasza kochana Agata: „Bój się i rób”. Żadne słowa nie oddają tego lepiej!  Ja mam pietra każdego dnia, ale przekuwam ten strach w siłę, która wyrywa mnie z łóżka każdego ranka 🙂
Dlatego jeśli już znalazłaś swój cel, górę, pragnienie to nie bój się zacząć, bo inaczej nic się nie zmieni. Popełniaj błędy, zawracaj, szukaj nowej drogi, ale działaj! Nikt inny za Ciebie tego nie zrobi. Szczerze wierzę w moc, która drzemie w każdej w nas!!! Nie pozwólmy sobie i innym jej zadeptać.