Strona www Latającej Szkoły jest jasna, kolorowa i nowoczesna. Zaglądasz i jeśli klikniesz w zakładkę „Założycielka – Agata Dutkowska” zawsze zobaczysz moją uśmiechniętą twarz. Nie pstrykam sobie zdjęć, gdy w pidżamie, z dzikim wzrokiem, przerzucam setki papierów na biurku w poszukiwaniu pieczątki. Zaglądając tutaj możesz mieć wrażenie, że całe moje życie to spotkania z inspirującymi kobietami, kawki na Kazimierzu, podniebne randki i występy w wysokonakładowych mediach.

Nic bardziej mylnego.

Postanowiłam rzucić światło na Latającą Szkołę „od kuchni” po to, abyś mogła zobaczyć jak kręta była moja droga i zrozumieć, że większość biznesów powstaje w garażu, ich właściciele mają setki wątpliwości, czy to co robią, ma sens i że jeśli przeżywasz różne rozterki, to znaczy to tylko tyle, że jesteś człowiekiem, ale nie oznacza to, że powinnaś się poddawać i rezygnować z marzeń o zarabianiu na robieniu tego, co kochasz

Ja bardzo lubię czytać o tym jak innym było ciężko „po drodze” i postanowiłam Ci zafundować taką przyjemność poczytania o mnie.

Oto garść faktów.

Przez długi czas czułam się bardzo nieswojo z myślą, że prowadzę „szkołę dla małych kobiecych biznesów”. Obracałam się w kręgach artystycznych i lewicujących. Bardzo wielu moich znajomych traktowało to, co robię z dużą podejrzliwością. Spotykało mnie spektrum reakcji – od  typu „aaa, to jednak jesteś kapitalistką”, „wychodzi z ciebie Gordon Gekko” po milczącą obojętność i brak zainteresowania. Zajmowałam się „biznesem”, czyli czymś z definicji mało atrakcyjnym dla tych środowisk. Gdybym założyła fundację broniącą praw kobiet, pewnie reakcja byłaby nieco inna. A tak czasem kiedy miałam powiedzieć czym się zajmuję, wolałam schować się pod stół.

Kiedy mój promotor (oficjalnie wciąż jestem doktorantką na Uniwersytecie Artystycznym w Poznaniu, z tym, że na urlopie dziekańskim) wrzucił na Facebooku, w grupie doktorantów,  link do artykułu o Szkole w Wysokich Obcasach, dostałam ataku paniki i również miałam odruch schowania się pod stół. Wiem, to jest absurdalne i ciężko to wytłumaczyć racjonalnie. Moje świadome Ja o  tym wiedziało nawet wtedy, ale co z tego?

Warszawa, na środku Nowego Świata, wiosna 2013, skarżę się mojej przyjaciółce – prawie ze łzami w oczach, że nie czuję tego, co robię w ramach Latającej Szkoły, że mam głębokie poczucie, że mój twórczy potencjał się nie realizuje. Że czuję, że nie zostałam stworzona do „uczenia kobiet jak sprzedawać swoje filcowe kolczyki”.

Na początku miewałam też takie stany, że prowadziłam jakieś spotkanie – np. Latający Krąg, ale w głębi duszy, gdyby ktoś dał mi wybór, gdzie wolę w danym momencie być – tu gdzie jestem, czy 200 metrów dalej w kawiarni, czytać w spokoju książkę, wybrałabym z pewnością to drugie. Czułam napięcie i stres, mimo, że wiedziałam, że to co robię, ma sens.

Czerwiec 2013, wszyscy moi znajomi z artystką Cecylią Malik na czele biegają po ogrodzie i domu, w którym mieszkam, poprzebierani na Wodną Masę Krytyczną. W ogrodzie stają tratwy, łodzie i pontony, które zostaną za chwilę zwodowane na Wiśle. Ja natomiast szykuję się – z rozdartym sercem – na występ w Cinema City – w ramach jakiejś mało atrakcyjnej imprezy dla kobiet mam 10 minut na opowiedzenie o Latającej Szkole, słuchać mnie ma około 100 osób. Jestem pewna, że i tak z tego nic nie wyniknie, bo mam poczucie – być może mylne, że moje „idealne klientki” i tak nie będą tego dnia na sali. Nie mogę tego odkręcić, ani przełożyć, a już obiecałam, że będę. Nie cierpię Multipleksów. Nie chcę, żeby mnie ktoś pytał, dlaczego nie idę na Wodną Masę Krytyczną. Nieszczęśliwa, staram się przemykać po domu jak duch, żeby nikogo nie spotkać po drodze.

Bardzo długo cierpiałam na rozdwojenie, czy nawet rozszczepienie jaźni. Zaangażowałam się w Latającą Szkołę, którą prowadziłam samodzielnie, bez wsparcia, z komputerem jako jedynym stałym zapleczem i zasobem. Ciągnęło mnie w innych kierunkach. Dostawałam różne propozycje. Marzyłam o karierze akademickiej, w szkole wyższej „z prawdziwego zdarzenia” najchętniej artystycznej, a nie o karierze w ramach samowolki „założonej w garażu”. Kalkulowałam, że za konsultację biznesową kilkugodzinną  jestem w stanie zażądać najwyżej 200-300 złotych i że do każdej konsultacji przygotowuję się pół dnia i że często jest to bardzo duży wydatek dla moich klientek, a dla kontrastu 300 złotych to standardowa stawka za oprowadzanie po Krakowie, do którego nie muszę się przygotowywać (mam licencję przewodnika miejskiego). Albo, że stawka trenerska w projektach, w których pracowałam jako wolny strzelec wynosiła czasem do 500 euro za dzień. Po co mi ta Szkoła, myślałam, skoro gdzie indziej mogę zarobić więcej, robiąc równie sensowne rzeczy.

Ale od września 2013 roku coś się zmieniło. Bezpowrotnie.

Nadal zdarza mi się w pidżamie, z dzikim wzrokiem, przerzucać setki papierów na biurku. Albo źle zaplanować dzień. Zaplątać się w internetowe wici, zamiast odpowiedzieć na maile na czas.

Ale nabrałam pewności, że Latająca Szkoła, to jedyna rzecz, którą chcę się zajmować, a wszystkie rzeczy, o których marzyłam, mogę realizować w jej ramach. Nie czuję, że Szkoła to „jedynie uczenie kobiet jak sprzedawać kolczyki z filcu”, używając tego myślowego skrótu. Nie muszę pracować na „szkole wyższej z prawdziwego zdarzenia”, mogę natomiast sprawić, że poziom Szkoły będzie tak wysoki, a codzienność pracy tak ekscytująca, że nie będą mnie kusiły żadne etaty w lekko przykurzonych instytucjach.

Znajomy, który jest trenerem i coachem, a który mnie dawno nie widział, powiedział na mój widok: „Nie znałem cię takiej. Co zrobiłaś? Byłaś na terapii? Na ustawieniach Hellingera? U szamanów? Medytowałaś? Byłaś na odosobnieniu? Przeżyłaś jakiś straszny kryzys i miałaś przełom?” Wszystko po trochu, odpowiedziałam.

Teraz nie mam już odruchu chowania się pod stół i ma to natychmiastowe przełożenie na efekty.

To jak się czujesz w swojej pracy w oczywisty sposób przekłada się na oddźwięk wśród ludzi. Ale nie przejmuj się, jeśli nie zawsze i nie od razu czujesz się śpiewająco, nawet jeśli robisz to, co kochasz. To część zabawy.

Uratowały mnie dwie rzeczy – konsekwencja i informacje zwrotne. Czyli kontakt z osobami, którym to co oferuje Szkoła pomaga, którym dodaje odwagi, inspiracji, które podnosi na duchu, którym daje konkretne efekty.

W pewnym momencie, czytając kolejny list, który do mnie przyszedł (mam taki specjalny folder, z listami do czytania, gdy mi opadają skrzydła), pomyślałam, przepraszam wszystkich bardzo za dosłowność, że mam to gdzieś, co ktoś o mnie pomyśli, albo jakie inne kolorowe możliwości czyhają na mnie za rogiem, jeśli tu i teraz mogę realnie pomóc tej i tej i tej osobie.

Dlatego bardzo dziękuję wszystkim osobom, które mówią, piszą lub pokazują mi, że Latająca Szkoła ma sens. Kiedy zawiesiłam jej działanie na kilka miesięcy w 2012 roku, przytłoczona kompletnym poczuciem niemocy, wynikającym z osobistych różnych perypetii, listy, które do mnie spłynęły, kazały mi się dwa razy zastanowić przed likwidacją strony i fanpejdża (taki miałam zamiar, czułam, że się zupełnie nie nadaję, żeby komukolwiek cokolwiek kiedykolwiek dawać).

Zatem, czytająca te słowa osobo płci żeńskiej. Jeśli miewasz różne rozterki, wahania, napady paniki, ataki lęku, problemy z tożsamością – w związku z tym, co robisz lub chciałabyś robić – wiedź, że to normalne. I weź pod uwagę, że mimo, iż można w pewnym momencie wskoczyć na „wyższy poziom”, na którym wiele problemów znika, to nigdy nie osiągniemy stanu „100% zen”, w którym niczym w bańce mydlanej będziemy „robić to co kochamy, a pieniądze płynąć będą do nas wartkim strumieniem”. Wysiłek, praca, problemy, rozterki będą nam towarzyszyć zawsze. Ewentualnie zmieni się nasz do nich stosunek.

Latające Zespoły i Latające Dywany to jeden z pomysłów, jak sobie lepiej radzić z ciemnymi stronami prowadzenia własnego biznesu i szybciej wracać do pionu. Samemu jest 100 razy ciężej. W grupie – raźniej. Mi bardzo dużo energii dawały spotkania z kobietami, które były w podobnej sytuacji do mnie, nawet jeśli nie były regularne i nie miałam „swojego Zespołu” w dosłownym tego słowa znaczeniu. Dziś publikuję pierwszy „samouczek” dla Zespołów – krótką instrukcję jak przeprowadzić burzę mózgu (pobierz).

 podpis-imie