Jak najlepiej czytać ten artykuł?

1. Albo klasycznie, uważnie, od początku do końca, tak jak się czytało teksty kiedyś, zanim nie zalało nas cyfrowe tsunami i nie zmieniło nas, istot czytających, w istoty głównie skanujące. Opłaca się przeczytać ten tekst ze wzmożoną uważnością, jeśli się jest w grupie osób, którym coś w biznesie “nie hula”, ponieważ niesie w sobie potencjał “aha” i możliwość zobaczenia światełka w tunelu.

2. Czytając w pierwszej kolejności nagłówki, lokalizując swój problem i zagłębiając się tylko w niego. Omówionych jest sześć problemów.

3. W tekście jest kilka ankiet. Jeśli poczujesz impuls i poczujesz się zachęcona, wypełnij je, a jak nie, to po prostu je omiń.

Jakiś czas temu podjęłyśmy temat biznesów, które po jakimś czasie od startu orientują się, że nie doleciały do biznesowego Eldorado, tylko utknęły w jakimś miejscu i potrzebują zmiany – dolania paliwa, albo zmiany trasy. Zorganizowałyśmy bezpłatny webinar, który poprowadziła Ula Szwed, konsultantka biznesowa, która sama jest współzałożycielką biznesów, które uwielbiamy, takich jak studio Dinksy i Otwarte Karty, a jej mentorskie sukcesy opisał ostatnio Forbes Women. Webinar wciąż można zobaczyć klikając tu, do czego bardzo zachęcamy.

Natomiast zdajemy sobie sprawę, że są osoby, które nie mają czasu na godzinny webinar, albo takie, które lepiej przyswajają sobie wiedzę poprzez czytanie.

Ponieważ temat jest wciąż żywy, wysyłacie do nas listy i sowy z prośbami o więcej (ok, sów nie wysyłacie, ale maile już tak), to chcę dalej pociągnąć wątek rozmowy o biznesach, które nie hulają tak, jakby mogły. Ten tekst jest przejęciem mikrofonu od Uli i pociągnięciem tematu z mojej osobistej, agatowej perspektywy, po to żeby za jakiś czas oddać mikrofon ponownie Uli. Jak na koncercie.

Chciałabym zacząć naszą rozmowę od prośby. Dziewczyny, kiedy w końcu znormalizujemy to, że własny biznes może czasem nie hulać? I że to nie świadczy o Tobie źle? Jak Ci coś nie hula, to nie znaczy, że jesteś głupia, albo leniwa, albo że jesteś życiową melepetą i się nie nadajesz i trzeba było iść na etat. 

Wykonujemy – (ja, Ty, my) w ostatnich latach ogromną robotę, polegającą na kolektywnym normalizowaniu rzeczy. Normalizujemy to, że nie zawsze jest możliwe, żeby wyglądać jak milion dolarów. Normalizujemy to, że można przyznać się, że miało się depresję. Normalizujemy wysoką wrażliwość. O wielu rzeczach zaczynamy mówić głośno. Normalizujemy rzeczy, które jeszcze niedawno były nienormatywne i były źródłem ucisku i opresji. To ja bym chciała dodać małą cegiełkę. Otóż wszyscy widzieliśmy ten obrazek, powiedzieliśmy “aha!”, ale czy na pewno głęboko go sobie przyswoiliśmy?

Nie wiem. Wiem, że na pewno jest trend ciągłego fabrykowania społecznych dowodów sukcesu, nawet jeśli wypada dodawać do tego autoironiczną nutkę i nazwać się pangą biznesu.

Uczestniczymy w spektaklach, w których mamy cały czas pokazywać kwitki – eksponować opinie zadowolonych klientów, uśmiechać się serdecznie na codziennych stores, pokazywać kulisy, bombardować świat wartością. Nasze skrzynki mailowe są pełnie maili, w których nasi biznes koledzy i koleżanki chwalą się tym, że zarobili 100.000 na jednym kursie, albo zarabiają 20.000 na miesiąc, albo właśnie kupili sobie Teslę albo złoty łańcuch. Chociaż nie, akurat o złotym łańcuchu nikt z ludzi których czytam nie pisze, nie ta stylową, ale zasada podobna.

Nie mam nic przeciwko złotym łańcuchom, ani wysokim zarobkom. Sama mam na koncie sześciocyfrowe wyniki z jednego kursu. Jeśli opowieści o Teslach inspirują i pokazują, że można, to bosko. 

A jeśli jeszcze tej Tesli nie masz i kręcisz się w kółko i zadajesz sobie pytanie „co jest z Tobą nie tak”, to zabieram Cię na spacer, po którym może będzie troszkę jaśniej. I żeby dać dobry przykład, to zilustrujemy sobie powody, dla których coś może nie hulać moimi osobistymi historiami. Z różnych lat. Chcę Ci pokazać, jak rzeczy mogą się zmieniać. Nie będę już popełniać błędów z 2010, mam zupełnie nowe, made in 2021.

1. Jesteś jak Dutkowska w 2021. Masz wizję, markę, społeczność i rozkręcone social media. Problemem jest Twoja oferta.

Problem nie polega na tym, że jest zła. Problemem jest to, że jest zbyt skąpa. W moim przypadku chodzi o to, że oferujemy tylko 90-dniowy LAB i kilka produktów-okruszków.

Mamy zgromadzone dużo osób, które nas lubią, które nam ufają i które borykają się z różnymi rzeczami, które moglibyśmy zaadresować naszymi produktami. I co? I niestety pudło, bo nic dla tych osób nie mamy, przylatują w naszym kierunku i całują klamkę.

Nasza oferta skierowana jest do małego ułamka naszej społeczności.

Remedium: Stwórz nową ofertę

Problem – to jest dość kosztowna sprawa. Na tworzenie oferty trzeba mieć przestrzeń. Czas, ale też przestrzeń w głowie. Dobrej oferty nie tworzy się wbrew pozorom i zapewnieniom niektórych biznesguru w 15 minut. Proces tworzenia dobrej oferty składa się z następujących etapów: 

Etap empatii (wiem czego potrzebują moi odbiorcy) – Etap kreacji (tworzę odpowiedź) – Etap produkcji (zamykam ją w formie produktu lub usługi) – Etap sprzedaży (promuję i sprzedaję)

I czasem tak się składa, że przejście przez te etapy to podróż, której nie jesteś w stanie odbyć, bo … Cię na nią nie stać. Tak jak mnie nie stać na podróż do Nowej Zelandii. Przynajmniej na pierwszy rzut oka. Albo dlatego, bo Twoja codzienność to masa innych, małych podróży. 

Bynajmniej nie leżenie na szezlongu.

Twoja codzienność wypełniona jest: pracą na etacie / obsługą tej nieoptymalnej oferty, którą masz / sprzątaniem i gotowaniem / pracą społeczną / nauką, bo kochasz się uczyć / emocjonalną pracą związaną z utrzymaniem związku, w którym jesteś / opieką nad dzieckiem / opieką nad starszym członkami rodziny / terapią i uzdrawianiem swoich osobistych traum / zmaganiem się z chroniczną chorobą / dziesiątą w tym miesiącu wizytą u weterynarza / uzupełnianiem tego, czego nie zapewnia Twoim dzieciom państwowa szkoła / pracą emocjonalną neutralizującą złe wpływy środowiska na Twoje dzieci / martwieniem się o losy świata / czytaniem wciągających dyskusji w social media / oburzaniem się rzeczami z social media / kręceniem codziennych stories, bo trzeba / netflixem, bo czymś się trzeba regulować.

W skrócie – bardzo możliwe, że nie stać Cię na nową podróż przez etapy Empatia – Kreacja – Produkcja – Promocja, ponieważ zużyłaś swoje zasoby energii na niewidzialne koszty, które bardzo często ponoszą kobiety i bardzo często bez mrugnięcia okiem.

I zostaje Ci mniej więcej 45 minut tygodniowo.

Które (być może) poświęcasz na podglądanie jak sobie radzą inni.

Co Ci daje wybuchową mieszankę inspiracji i wku*wienia.

Która niekoniecznie jest dosłownie wybuchowa, bo często prowadzi do otępienia.

To brzmi naprawdę dość prosto: etap empatii – etap kreacji – etap produkcji – etap sprzedaży. Jakby były to kolejne krok bardzo prostego tańca, akcja prosta jak “wyjmij jajko z lodówki, rozbij jajko na patelni, pomieszaj, voilà oto jajecznica”. Ale tak naprawdę ścieżka ta najeżona jest pułapkami, w które możesz wpaść i wypaść z trajektorii na wiele tygodni.

A może by jeszcze wziąć udział w kursie o X (X – super ciekawy temat z twojej dziedziny)? A może by jeszcze zaangażować się w projekt z Y, który brzmi bardzo prestiżowo? A może wpierw lepiej zrobić stronę www? A może by wpierw jeszcze bardziej rozhulać Instagram? A może własny podcast to jest to? A może posiedzę mentalnie na etapie kreacji i wymyślę dziesięć produktów, a następnie je zsabotuję? A może najpierw nauczę się mówić do kamery? O borze sosnowy, a może trzeba wpierw opanować techniczne sprawy – platformy, wordpressy, email marketingi?

Możesz mieć też tak jak jedna z osób, z którą omawiałam jej bolączki dotyczące tworzenia oferty, że uwielbiasz etap kreacji, czyli wymyślania oferty i zdarza Ci się w nim “utknąć”, ponieważ etap produkcji jest mniej atrakcyjny?

Jeśli identyfikujesz się z tym przypadkiem to jedyne, co mi pozostaje to przybić Ci piątkę. Nie mam w tym momencie żadnego szybkiego rozwiązania do zaproponowania, ale pomysł jest taki, żeby intensywnie rozejrzeć się i zgromadzić listę propozycji dla osób stojących w tym miejscu. Bo prawda jest taka, że znamy dużo edukatorów oferujących świetne rozwiązania. 

Tymczasem jeśli masz ochotę pomóc mi w pierwszym kroku do zmodyfikowania mojej oferty, to weź udział w 3-minutowej ankiecie – będę Ci bardzo wdzięczna.

 

2. Jesteś jak Dutkowska w 2010 – masz nieprzeliczony biznesmodel.

W poprzednim wcieleniu, 10 lat temu byłam współwłaścicielką firmy oferującej wycieczki po Krakowie. Firmy – to brzmi dumnie. Nie wyobrażaj sobie proszę biura u stóp Wawelu. Byliśmy grupą przyjaciół, kolektywem przewodników, połączonych jedną marką, jedną ofertą, stroną www, pieczątką, zestawem ulotek i jednym specyficznym stylem oprowadzania, którego specyfiki nie umieliśmy nazwać (“yyy, no inaczej oprowadzamy, ciekawiej, tak yyy nowocześnie, puszczamy stare zdjęcia z projektora na mury podczas nocnych spacerów”).

W pewnym momencie moi koledzy postanowili podryfować w innych kierunkach i powiedzieli, że mogę zatrzymać markę i zrobić z nią co zechcę. Rzuciłam się w wir nauki, bo wcześniej wszystko kręciło się bez grama biznesowego know-how. Wymyśliłam genialną, bardzo pracochłonną promocyjną strategię. Byłam z siebie dumna, że hej. Dopóki nie obliczyłam, ile jestem w stanie maksymalnie zarobić miesięcznie, w ramach modelu, w którym ja zajmuję się wszystkimi działami samodzielnie. Odpowiedź brzmiała – niewystarczająco, choćbym stawała na głowie. I choćby przyszło 10 atletów i każdy zjadłby 10 kotletów. 

Remedium: policz wszystko, czego do tej pory nie liczyłaś 

 To obliczenie było jak zimny prysznic. I tak jak część z nas boi się morsowania, tak część z nas boi się konfrontacji z liczbami. Bo liczby mogą nam odebrać całą przyjemność. Dla mnie tworzenie mojej genialnej strategii promocyjnej było szalenie przyjemne. Im bardziej nasz pomysł na biznes ma związek z czymś, co ma dla nas głęboki sens i czymś co nas bardzo kręci, tym możemy mieć większą skłonność do omijania drzwiczek z napisem Excel.

 Policzyć możemy (i powinniśmy) różne rzeczy, chociażby:

  • potencjał finansowy danego biznesu – ujęty w formie kilku scenariuszy dochodów

  • koszt pozyskania klienta

  • koszt wytworzenia danego produktu / usługi

Problem polega najczęściej nie na tym, że jak były w liceum na informatyce zajęcia z Excela to paliliśmy w parku fajki i teraz nie umiemy odpalić arkusza. Problem polega na tym, że:

  • trudno nam spojrzeć na strukturę dochodów i kosztów z lotu ptaka
  • pewne koszty nam umykają (np. koszt naszej własnej pracy i czasu)
  • pewnych kosztów zupełnie nie znamy na starcie
  • sama wycena produktów i usług stanowi dla nas barierę
  • patrzymy wybiórczo, fragmentarycznie, życzeniowo.

Dla osób, które w tej kategorii myślą „to ja, to ja, to o mnie” mamy na razie zapowiedź, że za jakiś czas będziemy mogły powiedzieć: „i tu wchodzi Ula, cała na biało”.

Ula Szwed, która zwyczajnie lubi Excele i lubi liczby i ma “tę moc”, żeby osoby, które z różnych powodów Excela omijały, przystanęły i się z nim zakolegowały. 

Nie wiemy, czy propozycja przyjmie formę “korków z liczenia” czy może warsztatu online, czy innego magicznego eliksiru, ale się dowiemy. Work in progress!

3. Jesteś jak Dutkowska w 2011. Masz dobry produkt, którego (niektórzy) ludzie potrzebują, ale (prawie) nikt o Tobie nie wie…

Kolejna anegdotka z przeszłości. Pierwszy 3-miesięczny, stacjonarny kurs Latającej Szkoły kosztował 700 złotych. Był rok 2011, a ja miałam wokół siebie sporo kobiet, które “robiły rzeczy” i potencjalnie mogłyby być zainteresowane w przekształceniu tego co robią w dobrze zarabiający biznes, ale … nie za 700 złotych. 

Przyczyny pewnie były różne – od tego, że wiele z nich nie dojrzało jeszcze do etapu, żeby brać to co robią bardzo na poważnie, przez to, że kultura “inwestowania w siebie” nie była szczególnie popularna, a mieszkaliśmy w Krakowie, gdzie bardzo dużo wartościowych rzeczy działo się za pół darmo, plus mówię o grupie osób przyzwyczajonych do niewielkich budżetów, w których kwota 700 złotych stanowiła naprawdę gruby procent.

Gdybym pozostała w ich kręgu, doszłabym do wniosku, że to, co robię jest bez sensu. 

Całe szczęście dzięki temu, że:

  • zaczęłam pisać newsletter
  • zaczęłam organizować darmowe spotkania – Latające Kręgi
  • o Latającej Szkole napisały Wysokie Obcasy

Trafiły do mnie inne kobiety. Gotowe, zdecydowane i chętne wydać na 3-miesięczny kurs 700 złotych i więcej.

Remedium – zwiększ swoją widzialność

I tu się zaczynają schody, bo większa widzialność wymaga zasobów. Całego gangu zasobów. Zarówno wewnętrznych, głęboko osobistych (odwaga, śmiałość, wytrwałość), jak i zewnętrznych (głos, ważny przekaz ubrany w atrakcyjne opakowanie). Plus dochodzi jeszcze jeden czynnik, który ciężej kontrolować. Duch czasu. Albo wieje Ci w plecy, albo wieje Ci w oczy.

Mi powiał w plecy i umieścił mnie na kilka lat na piedestale (tylko, że jednocześnie w tym samym czasie zaczął mi wiać w oczy prywatny wiatr, ale to opowieść na inną okazję).

Wiatr w plecy to na przykład aktualny trend.

Wiatr w plecy to fakt, że jesteś innowacyjna i oferujesz coś jako pierwsza.

Wiatr w oczy to fakt, że jesteś innowacyjna i oferujesz coś jako pierwsza.

Paradoks? Ano tak!

Wiatr w oczy to silna konkurencja.

Wiatr w plecy to produkcje Netflixa, które upowszechniają dany temat.

Przykład: od lat rzucałam na prawo i lewo pomysłem na biznes polegającym na pomocy w organizacji domowych przestrzeni, ale prawdziwy wysyp takich biznesów widzę dopiero od momentu, kiedy naprawdę głośno zrobiło się o Marie Kondo, wyszły książki Dominique Loreau, a na Netflixie ukazały się przynajmniej 3 produkcje o sprzątaniu i organizowaniu przestrzeni.

Zdobywanie widzialności może być pracochłonną, wyczerpującą batalią o uwagę. Tym bardziej, że głównie dzieje się to w dżungli social mediów, gdzie bardzo łatwo się pogubić, ponieważ: 

  • bombarduje nas nadmiar dobrych i czasem sprzecznych rad, co należy robić
  • wpadamy w komparazytozę, czyli nadmierne porównywanie się z innymi i kopiozę, czyli kopiowanie taktyk, niekoniecznie dosłowne, ale jednak kopiowanie tego, co działa u innych (swoją drogą to bardzo mądre, ewolucyjne działanie), z tym, że niestety to nie zawsze będzie działało, a sama rozkmina “co robić, jak robić, czy to działa, co jeśli nie działa” zabiera nam strasznie dużo mentalnego RAMu
  • łatwo się zaplątać w taktyki kropelkowe, czyli dużo roboty, a zainteresowanie kapie po kropelce, kap kap
  • taktyki tsunami, czyli takie, które wywołają tsunami zainteresowania są zazwyczaj po prostu TRUDNE – oczywiście istnieją ludzie, którzy mogą sprawić, że będzie Ci łatwiej (genialni stratedzy, konsultanci od facebookowych reklam, czarodzieje od brandingu, mocno czirliderskie programy on-line, ludzie z branży którzy otworzą Ci drzwi itp) ale samo znalezienie ich graniczy czasem z cudem
  • bardzo wiele pomysłów przynoszących widzialność wymaga … czasu i wytrwałości, a kultura w której żyjemy coraz bardziej programuje nas na cykle natychmiastowej gratyfikacji

A do tego jest rok 2021 i wszyscy mamy totalnie zmniejszoną pojemność na treści, które wymagają nieco więcej skupienia niż 5 sekund.

Jeśli jesteś osobą, które w tym momencie myślą “tak, to ja, chcę zwiększyć widzialność mojego biznesu, to klikając przejdziesz do prostej, 30 sekundowej ankiety, która pozwoli nam zobaczyć ile osób jest zainteresowanych tematem.

4. Masz dobry produkt, którego (niektórzy) ludzie potrzebują, wystarczająco dużo osób o Tobie wie, ale … nie sprzedajesz (wystarczająco aktywnie). Jesteś jak Dutkowska w 2020 i jej ebook napisany wspólnie z KBD. Albo – sprzedajesz i “robisz to źle”.

Ten przykład to straszna siara, ale co tam, biję się w piersi niczym goryl i przyznaję się, nawet w 2020, czyli w momencie, kiedy mam naprawdę niezłe  “know how”, zdarzają mi się takie wstydliwe biznes-epizody.

W 2020 napisałyśmy wspólnie z Karoliną Bartoszek-Dourado, którą w skrócie nazywam KBD z dwóch powodów, po pierwsze zawsze się boję, że przekręcę jej brazylijską część nazwiska, a po drugie uważam Karolinę za wielką osobowość z domieszką geniuszu i pasuje mi taki skrót (KBD jak JFK), bardzo zacnego ebooka.

Jego zacność potwierdziły dziewczyny, które go kupiły i które z niego korzystają, dochodziły do nas miłe wiadomości w stylu “ten ebook jest genialny”, albo “zakończyłam sprzedaż o tydzień wcześniej niż planowałam, dzięki wam”.

O ironio, ebook jest o sekwencjach sprzedażowych, czyli o tym, że rzeczy nie sprzedają się same i czasem potrzebna jest sekwencja maili, która opowiada o wartości jaką niesie Twój produkt. Pokazujemy na przykładach w jaki sposób taką sekwencję zaprojektować i jak ją spersonalizować. 

Ebook fajnie się sprzedał w pierwszym rzucie, ale później przyszło mi przetestować hipotezę o tym, że nie wystarczy, że coś wisi na stronie www. I tak jak ta historia pokazuje, że czasem nie wystarczy know-how, tylko potrzebny jest impuls “do it now”. Regularny, powtarzany impuls „do it now”.

Wiele osób mierzy się też z przekonaniem, że żeby sprzedawać trzeba mieć o wiele większą społeczność. Tutaj mówię do osób, które zamiast sprzedawać to, co mają, do osób, które już są zainteresowane i na przykład jest ich 30, myślą, że trzeba poczekać ze sprzedażą, aż tych osób będzie 3000. No czy ktoś uległ takiej iluzji?

Jeżeli zastanawiasz się, czy ten problem Ciebie dotyczy, proponuję Ci zlecenie małego sprzedażowego audytu komuś z zewnątrz. I nie musi to być audytor certyfikowany w nieistniejącym Instytucie Audytów Biznesowych. Wystarczy osoba, która ma oczy, sprawnie działające neurony i chwilę wolnego czasu. Oczywiście nie wszystkie punkty mają zastosowanie u każdego, ale to szkicowa lista:

  • czy informacja o tym, co oferujesz jest widoczna na Twojej www?
  • czy Twoja strona www jest zaprojektowana tak, by kierować odwiedzających do sklepu – lub miejsca zakupu?
  • czy masz wymyślony system sprzedaży, który pozwala Ci na cykliczne przyciąganie potencjalnych klientów i kierowanie ich do miejsca zakupu?
  • czy jeśli jesteś biznesem lokalnym, to w “miejscach styku” z marką od razu mówisz gdzie działasz?
  • czy posiadasz listę mailingową i wysyłasz sprzedażowe maile?
  • czy mówisz o tym, co oferujesz?
  • czy masz aktywne kampanie reklamowe na IG i FB?
  • czy Twoje bio na IG jasno komunikuje o tym, co sprzedajesz?
  • czy link w Twoim bio kieruje do miejsca zakupu?
  • czy Twoje posty w social media zawierają jasne “wezwania do działania” kierujące do miejsca zakupu?
  • czy jasno komunikujesz o tym, co zawierają Twoje produkty lub na czym polegają Twoje usługi, tak, żeby klient nie miał wrażenia, że patrzy na kota w worku?
  • czy aktywnie szukasz klientów?
  • czy prowadzisz rozmowy sprzedażowe?
  • czy wysyłasz wiadomości follow-up osobom, które wyraziły wstępne zainteresowanie?
  • czy prowadzisz wyzwania, podczas których aktywnie sprzedajesz?
  • czy robisz to wszystko wystarczająco często?
  • i ostatni punkt z innej beczki – a może robisz to wszystko, ale przed “nierozgrzaną” publicznością, która Cię nie zna, nie lubi i Ci nie ufa? To pytanie dotyczy szczególnie biznesów eksperckich, opartych o transfer wiedzy. 

Remedium: audyt sprzedażowy, wdrożenie sprzedażowych taktyk, wzmocnienie sprzedażowych mocy

Audyt zewnętrzny jest o tyle ważny, że bardzo często twórca  ma poczucie, że wszystkim wyskakuje z lodówki, a tymczasem osoby z zewnątrz ledwo to rejestrują, albo nawet wcale.

Bardzo często twórca ma wrażenie, że sprzedaje, a tak naprawdę robi masę rzeczy dookoła i wcale nie dociera ze swoim komunikatem tam, gdzie trzeba.

Druga sprawa, że sprzedaż to nie tylko częste wplatanie w komunikację różnych “wezwań do działania” i mówienie o tym, co oferujesz. To tylko czubek góry lodowej. Sprzedaje również:

  • twoja marka i jej obietnica
  • historie, które ją wspierają (lub nie)
  • język, którego używasz

Jeżeli czytając ten fragment masz ochotę zawołać “Tak! To ja jestem antysprzedawcą roku” to możesz zostawić nam swojego maila i jeśli będziemy mieć jakieś super rozwiązania do polecenia, płatne lub nie – odezwiemy się.

5. Dla odmiany nie jesteś jak Dutkowska. Masz produkt, którego nikt (aż tak bardzo) nie potrzebuje

To jest czwarta, turbo ściana, o której mówiła podczas wykładu Ula.

Akurat ja do niej nie docieram, możliwe, że dlatego, że jest to lekcja którą solidnie odrobiłam. Uff, przynajmniej coś!

Najczęstsze powody dotarcia do tej ściany to:

  • pomysł w zamyśle jest dobry, ale rynek nie jest na to rozwiązanie (jeszcze) gotowy,
  • istnieje zbyt wiele tańszych lub lepszych alternatyw,
  • pomysł opiera się na fałszywym fundamencie, czyli na fałszywym założeniu, że ludzie mają pewien problem lub pragnienie i będą chcieli go rozwiązać lub zaspokoić sięgając po nasze rozwiązanie.

Remedium: zobaczenie, że jesteś w tym miejscu i pchnięcie biznesu na nowe tory

Tylko jak sprawdzić czy jesteś w tym miejscu? Skąd mieć pewność? Jak sobie poradzić z takim odkryciem? Szczególnie jeśli zainwestowało się masę czasu, energii i pracy w to, żeby w ogóle ruszyć z miejsca i wypuścić biznes w świat?

Ta ściana i pomaganie ludziom, którzy do niej dotarli to domena Uli Szwed. Jeśli masz obawy, że możesz być w tej grupie – zostaw maila. Odezwiemy się do Ciebie z jakąś propozycją.

6. Jesteś jak Dutkowska w 2021 – w zasadzie wszystko gra, masz ofertę, chętnych, sprzedajesz, ale wiesz, że mogłabyś więcej / inaczej / lepiej.

I być może brakuje Ci przestrzeni, żeby zobaczyć JAK.

Jeśli czytasz uważnie, to zauważysz, że ten ostatni punkt jest odmianą pierwszego punktu. Być może Twoja oferta nie jest zbyt skąpa, ale i tak czujesz, że mogłaby być inna. Świeższa, albo dająca Ci większy oddech. Albo wykorzystująca Twoje inne kompetencje. Albo skierowana do nowej grupy docelowej. Albo odpowiadająca na nowy problem, którego istnienie od niedawna badasz. 

Remedium to – innovate, baby, innovate!

Pierwszym etapem innowacji jest moim zdaniem słuchanie. I dla mnie ten artykuł jest elementem słuchania. Pisząc, zadaję pytania. Obserwuję reakcje. Wsadzam kij w mrowisko, wrzucam kamyk w wodę i patrzę jak rozchodzą się kręgi. 

Drugi etap innowacji to patrzenie, rozglądanie się. Zerkanie na to, co piszczy, nie w trawie, lecz w branży. Patrzenie jakie istnieją modele.

Esencja innowacji to jednak nie samo słuchanie i nie samo patrzenie. Świetnie ujął to Henry Ford w słynnym cytacie, że gdyby słuchał ludzi, powiedzieliby mu, że potrzebują szybszych koni. 

Przeskok z superszybkiego konia na prototyp Forda T to praca twórcza, praca dla innowatora. Być może staje przed Twoimi oczami jasno oświetlone studio i innowator pochylony nad biurkiem ze stosem karteczek post-it i naręczem markerów. Tak to może wyglądać z zewnątrz, ale z mojego doświadczenia i z rozmów, jakie prowadzę wynika, że od środka bycie w punkcie innowacji przypomina czasem inferno. Jest gorąco i jest ciemno. Jest ciśnienie i jest piekielnie trudno. Decyzji do podjęcia jest milion. Odpalają się nam stare programy, nasz wewnętrzny krytyk wychodzi zza winkla i zaczyna mocno dawać o sobie znać.

Jesteś w tym miejscu? Czego potrzebujesz? Ciszy? Zatrzymania? Słuchania? Inspiracji? Głębokiego namysłu?  Samotności? Towarzystwa? Spojrzenia z zewnątrz? Chcesz nam dać znać, że jesteś w takiej sytuacji? Na wypadek, gdybyśmy miały coś do zaproponowania

Ok, no to dobrnęliśmy do końca. Czy pominęłam jakąś sytuację i masz wrażenie, że nie wpisujesz się w żaden z tych przykładów? Koniecznie daj mi znać, porozmawiajmy. Czuję, że moja aktualna misja, to cisnąć temat i stwarzać przestrzeń do wspólnego znajdowania rozwiązań. Zatem zostańmy w kontakcie.