Foto – Mięta Design

Czy rękodzieło to dobry pomysł na biznes to drugi z serii wpisów o tym, jakie „typy biznesów” mają w Polsce sens. Oczywiście, odpowiedź nie jest jednoznaczna, bo gdyby tak było człowiek nie musiałby się trudzić i gimnastykować, zrobiło by się tabelkę z podziałką „tak” i „nie” i można by resztę dnia spędzić na leżeniu w hamaku i czytaniu listów Marka Hłaski. Mimo, iż na pytanie nie da się odpowiedzieć jednym zdaniem, można tej odpowiedzi poszukać, a same poszukiwania mogą być bardzo pouczające.

Słowo „rękodzieło” nastręcza już nie małych kłopotów, bo zawierają się w nim zarówno przedmioty, które są dziełami sztuki użytkowej, jak i mało atrakcyjne „kurzołapy” (od „łapania kurzu”), których chińskie odpowiedniki można kupić w sklepie „wszystko za 4 złote”. Na potrzeby tego artykułu definiuję rękodzieło bardzo szeroko. Ma on być przydatny dla wszystkich osób, które myślą, jak zarabiać na sprzedaży własnych wyrobów.

Wpisując hasło handmade na portalu Etsy znajdziemy 23,684,356  przedmiotów kosztujących od kilku centów (np. kolczyki z jednorożcami) do setek tysięcy dolarów (np. pierścionki z diamentami). Czego tu nie ma – maleńkie spinki do mankietów i wielkie inkrustowane ręcznie skrzynie, skórzane buty, haftowane stringi i ręcznie malowane kartki z hipsterskim hasłami o tym, że życie i jest fajne i „hop do przodu”.

il_570xN.567874735_jyzk

Kolczyki za 17 centów.

Jest pewien ważny powód dla którego ponad 300 osób zagłosowało na to, że chce abym napisała o rękodziele (przeprowadziłam ankietę w newsletterze). Jest to ten sam powód dla którego hand made przeżywa bezapelacyjny renesans na całym świecie. Powód jest prosty.

Rękodzieło to cudowna rzecz. Ręce i dłonie człowieka mogą tworzyć rzeczy piękne, mogą też zabijać, mogą też monotonnie stukać w klawiaturę. Coraz więcej osób opowiada się świadomie za pierwszą opcją.

Rękodzieło jest też bardzo „kobiece”. Mimo, iż istnieją bardzo „męskie” tradycje rzemieślnicze, to nie znam osobiście żadnego chłopaka, który by wpadł na pomysł, że będzie zarabiał na robieniu na szydełku kocyków i czapeczek dla dzidziusiów. Małgorzata Brzeska, moja koleżanka-coach z Niemiec, podesłała mi co prawda link do czapeczkowo szydełkowego biznesu Myboshi założonego przez dwóch facetów z Górnej Frankonii, ale oni na pomysł wpadli, stworzyli markę, e-sklep, rozpromowali go, a do szydełkowania zatrudnili okolicznych emerytów. Podobno również kilku panów. Podejrzewam, że biznes przynosi twórcom kokosy, a emeryci biorą w nim udział bardziej dla idei, ponieważ kilkadziesiąt euro dorzucone do porządnej wypracowanej w RFNie emerytury, nie zmienia zasadniczo ich sytuacji życiowej. Na zdjęciu – twórcy Myboshi.

mb_geschichte_felix_und_thomas

Wracajmy jednak do Polski. Rozejrzyjmy się wkoło. Wiele kobiet kocha rękodzieło i umie robić „cudeńka”, którymi zachwycają się koleżanki i rodzina na imieninach. Często są to cudeńka „okołodziecięce” i „okołodomowe”, a ich twórczyni odkrywa swój talent w okresie macierzyństwa. Wizja, że można po ukończeniu urlopu macierzyńskiego nie wracać na etat do korporacji, do Excela i do klimatyzowanych boksów, tylko spędzać czas w domu, szyć nieco więcej, mieć własną stronę ze sklepikiem, odbierać dzieci z przedszkola, gotować w przerwach między szyciem kolejnych misiów pożywne zupy, jest szalenie atrakcyjne. Jest atrakcyjne jak naga Monika Belucci w Ferrari, chciałam napisać, ale to głupie porównanie.

Średnia pensja krajowa w Polsce wynosi aktualnie 3942 zł brutto, a netto około 2800. Aby zarabiać średnią krajową netto na własnym biznesie musimy dodać jeszcze koszty, sprawa się nieco komplikuje, więc zostawmy netto w spokoju i trzymajmy się średniej krajowej brutto jako punktu wyjścia.

Nie liczymy kosztów materiałów, bo te są różne. Oznacza to, że musimy albo sprzedać 1000 reczy na których zarobimy 3,94 zł na sztuce, albo 100 rzeczy na których zarobimy 39,42 złotych, albo 10 rzeczy na których zarobek wynosi 394 złote.

Bardzo lubię takie symulacje, bo są czasem jak kubeł zimnej wody, czasem jak sole trzeźwiące, a czasem jak kontakt z ziemią po długim szybowaniu w chmurach.

Jeżeli koszt wykonania takich spodenek (autorka – Rozlinda, oto link do jej sklepu) dla dzidziusia wynosi 7 złotych i uda się nam sprzedać 100 par miesięcznie, to mamy średnią krajową. Pytanie “czy jest to możliwe” pozostawiam otwarte.

1378061494-856

Hipoteza # 1

Rękodzieło to dobry pomysł na biznes nie-wacikowy, jeśli będziemy mieć produkty na których zysk (zysk, nie cena) wynosi 200-400 złotych i sprzedamy ich od 10 do 20 miesięcznie, (zakładając, że możemy wykonać 10 do 20 sztuk miesięcznie naszego produktu bez zamieniania się w fabrykę). Jakie to produkty? Od razu widać, że musi być to w zasadzie haute design, że musimy mieć prężną markę, a nie „goły produkt”, że klientem raczej powinien być klient mieszkający w Nowym Jorku, a nie w Koluszkach i to nie na Bronxie, ale w West Village. I możemy mu ów produkt sprzedać z Koluszek, za pomocą portalu Etsy.

Nie, żebym myślała, że w Koluszkach nie mogą mieszkać zamożni miłośnicy hand made’u. Mogą, ale stosunkowo jest ich mało.

Czy jest to w ogóle możliwe, żeby mieć tak drogie produkty?

Hipoteza # 2

Rękodzieło to dobry pomysł na biznes nie-wacikowy, jeśli zamienimy się w pół-fabrykę i „pójdziemy w ilość”. Półprodukty wykonają nam babcie z osiedla, my zadbamy o design… Minusy – z rękodzielnika zamieniamy się w menedżera, designera, w kogoś kto spędza więcej czasu przy klawiaturze, niż „w warsztacie”. To temat z którym boryka się wielu zdolnych rękodzielników. Do tego, żeby nie tylko wytwarzać, ale też sprzedawać potrzebny jest czas + wiedza. Czas poświęcany na niezbędne działania promocyjne, opisywanie i fotografowanie przedmiotów, śledzenie zakupów, wysyłki…

Hipoteza # 3

Rękodzieło to dobry pomysł na biznes nie-wacikowy, jeśli mamy bardzo oryginalny produkt, który wzbudza powszechny entuzjazm + mamy kogoś komu możemy powierzyć część zadań związanych z budowaniem marki, promocją i sprzedażą.

Hipoteza # 4

Rękodzieło to dobry pomysł na biznes nie-wacikowy, jeśli do sprzedaży samego rękodzieła dołączymy ofertę edukacyjną. Mam tu na myśli zarówno edukację rękodzielniczą („jak zrobić takie piękne buciki na szydełku – warsztat”) jak i edukację dla innych rękodzielników („jak sfotografować takie piękne buciki zrobione na szydełku w namiocie bezcieniowym – warsztat”).

1399052809-781

Link do zakupu bucików

Zakładam, że być może ciężej jest sprzedać haftowaną poduszkę za 450 złotych, której wyhaftowanie zajmuje 30 godzin, niż zorganizować 30 godzinne warsztaty hafciarskie w tej samej cenie. Nawiązuję do konkretnego kursu oferowanego przez Splot Artystyczny w Warszawie. 

Plus na warsztacie mamy kilku bądź  kilkunastu uczestników.

Zakładam, że tym tropem poszła również Urszula Phelep, która nie tylko sama robi różne piękne rzeczy, o czym pisze na swoim blogu, ale również uczy inne kobiety, jak blogować i jak zabrać się za marketing internetowy i jak zarabiać na rękodziele. Zakładam, a mogłam w sumie poprosić Urszulę Phelep o komentarz… W każdym razie Urszula Phelep jest nie tylko przykładem na osobę, która z edukacji okołorękodzielniczej stworzyła prężny biznes, ale również jest jedną z niewielu osób w polskojęzycznym internecie która przystępnie i praktycznie uczy osoby zainteresowane rękodziełem, jak się promować. Zrozumieliście aluzję? Kto żyw, a nie zna Urszuli, proszę niech się zapozna!

Hipoteza # 5

Rękodzieło to dobry pomysł na biznes nie-wacikowy, jeśli zrobimy go rękoma chińskich dzieci. Oczywiście tutaj ja osobiście mówię STOP. Sabo, nie idź tą drogą! Wierzę w autentyczność i w fair trade.

Jak uważnie przyjrzymy się osobom, które odnoszą spektakularny sukces na Etsy, takim jak na przykład właścicielka marki ThreeBirdsNest, niejaka Alicia Shaffer (link do artykułu o niej), zarabiająca prawie milion dolarów rocznie (czyli dwa razy więcej niż prezydent USA) na sprzedaży getrów, skarpetek i opasek, to okazuje się, że ich przepis na sukces polega na kupieniu tanich produktów w Indiach i „doczepieniu” do nich swojej metki. I napisaniu, że ten wyrób to hand made, mimo iż na innej aukcji identyczny produkt nie uchodzi już za rękodzieło i jest dwa razy tańszy. Gigantyczna marża dusi wacikowość w zarodku.

boot-cuff-collage-21-1024x512

Po lewej – skarpetki za 14,99 $, nie hand made. Po prawej skarpetki w ThreeBirdsNest, za 28$. Ładniej sfotografowane i opatrzone przymiotnikiem “hand made”.

Nie jest to tak karygodne jak na przykład handel nerkami, ale niekoniecznie ma to cokolwiek wspólnego z „własnym biznesem rękodzielniczym”, a przecież o to większości osób, które chcą wejść w tą branżę, chodzi.

Skoro mowa o nerkach, to przypomniałam sobie, że są przykłady rodzimych biznesów rękodzielniczych, które całkiem nieźle hulają. Na przykład biznes nerkowo – torbowy o nazwie Mięta. Sama mam dwie nerki Mięty i chcę więcej. Ich wielką zaletą jest doskonałe wykonanie i wykończenie. Ponadprzeciętna jakość zawsze wygrywa.

10985458_524924687648098_3280499006676653285_o

Wszystkie te cudne nerki to Mięta Design

Zatem, zarabianie na produkcji własnych wyrobów jest możliwe. Nie jest jednak łatwe. Mam 10 pomysłów/inspiracji dla osób, które przeczytały ten artykuł w poszukiwaniu konkretnych rad, a nie filozoficznych rozważań. Ponieważ sama nie sprzedaję własnej roboty kolczyków z piór (mam takie ciche marzenie, żeby zacząć je kiedyś robić  – na własny użytek), rady te nie wynikają z mojej praktyki, lecz są podejrzane, podkradzione i wydedukowane. Jeżeli nie zgadzasz się z którąś z nich, zapraszam do dyskusji.

  1. Kalkulacja. Zrób ją i oceń, czy przypadkiem nie musisz sprzedać 222 broszki miesięcznie, których wykonanie zajmie Ci 444 godziny, aby wyjść na swoje.

  1. Zdjęcia. W internecie sprzedaje zdjęcie. Badania pokazują, że produkt sfotografowany z uśmiechniętą blondynką lub z kotem sprzedaje się lepiej. Wiem, że to brzmi głupio. Ale to prawda…

  2. Facebook to dobre miejsce na promocję, pod warunkiem, że … wykupisz reklamy i zadbasz o łatwość zakupu.

  1. Produkty, które mają wyjątkową jakość, zostaną pokochane.

  2. Silna marka. Ludzie często kupują rękodzieło nie dlatego, że się bez niego nie obejdą, ale dlatego, że jest to „ta marka”, nie Coco Chanel, ale „ta” niszowa marka, związana z „tą osobą”.

  3. Do tego przydaje się ciekawe „story”. Anonimowe produkty można kupić w sklepie „wszystko za 4 zł”. Produkty z duszą potrzebują swojej historii, o której można powiedzieć swojej koleżance. „Tak, to jest magiczna lalka od Kasi Doroty, która nauczyła się je robić na Białorusi … itp.”

  4. Detale są czasem bardzo ważne. Piękne pudełeczka, karteczki dołączane do zakupu, takie małe pierdołkowate drobiazgi, sprawiają, że klient doznaje „wewnętrznego feng shui” (wiem, że się tak nie mówi, ale zasłyszałam to wyrażenie, jest ono pseudo synonimem przyjemnego wewnętrznego stanu łącząego harmonię i błogość…) i wraca do nas po więcej. Albo poleca koleżance.

  1. Łatwość zakupu. Warto o nią zadbać. Klient kupujący przez internet jest bardzo chimeryczny, niecierpliwy, może nam łatwo „odpłynąć”, jak go nagle rozproszy powiadomienie o nowej wiadmości na Facebooku.

  1. Zagraniczni klienci są zamożniejsi niż rodzimi. Dlatego Etsy, z niską prowizja, to dla wielu wspaniałych twórców z Polski, dobre rozwiązanie. Ale Etsy trzeba rozgryźć. Nic nie działa „automatycznie”. Ponad 65% sprzedawców na Etsy zarabia mniej niż 100 $ rocznie…

  1. Strategia jest potrzebna tak, czy inaczej. Nawet stworzenie e-sklepu, czy udział w targach od przypadku do przypadku, to za mało. Tutaj potrzebna jest taktyka godna Kasparowa. Być może najlepsze wyjścia są bardzo niekonwencjonalne. Na przykład porzucenie strategii „samotnego wilka”. Łączenie się w grupy. Rejestrowanie spółdzielni twórców, tak aby nie płacić indywidualnego ZUSu jak w przypadku jednoosobowej działalności gospodarczej. Tworzenie zespołów i klastrów. Zatrudnianie w nich specjalnych osób od promocji. Tworzenie grup wsparcia i dzielenie się zadaniami związanymi z marketingiem i sprzedażą. Nie każdy twórca jest przecież ninją marketingową i być może zostanie nią nie jest jedyną drogą do sukcesu.

A Ty? Co myślisz?