DSC_0139

14 grudnia miała miejsce oficjalna impreza kończąca jesienną edycję Latającej Szkoły.

Kto był ten wie. Uczestniczki jesiennej edycji Szkoły to po prostu wspaniałe kobiety i mają wspaniałe biznesy i plany na przyszłość. Już niebawem będzie szansa poznać je i ich biznesy bliżej, w zakładce „Absolwentki” pojawią się ich profile, historie, a także informacje co konkretnie zrobiły podczas kursu i co im dał.

Dzień zakończenia rozpoczął się od serii katastrof. Na początek kradzież i rozlew krwi – przy rozkładaniu pożyczonego grzecznościowo z JCC ekranu ze stelażem, zacięłam się w palec. I to jak! Przytomny manager Hamsy przez prawie kwadrans polewał go wodą utlenioną. Na zdjęciu widać, że mam plaster.

DSC_0060

Rano dostałam informację, że projektor który miałam użyć, został skradziony. Co po pół godzinie okazało się fałszywym alarmem. Następnie okazało się, że stelaż nie działa i nie da się na nim powiesić ekranu. Czyli jak to się czasem mawia – zonk. I ratunek w postaci nieprawdopodobnego zbiegu okoliczności – obecności gwoździa w ścianie i … jakby to powiedzieć – szmaty wystającej ze ściany z węzłami jakimiś niesamowitymi (zupełnie nie mam pojęcia czym to jest, po co, co robi w ścianie dość eleganckiego miejsca jakim jest Hamsa…) na których idealnie dało się oprzeć ekran. I nawet dwie Hanie (córki dwóch uczestniczek Szkoły – Moniki Wilkowskiej i Justyny Makulec z Łodzi) nie strąciły go hasając „po scenie”.

DSC_0133

Na zdjęciu Izabela Zięba (www.finchathome.pl) ale widać też tajemnicze supły w ścianie

DSC_0086

Dwie Hanki pod ekranem

Po co o tym piszę? O palcach, supłach w ścianie i innych głupotach?

Bo poczułam wtedy, w ten poranek sobotni, w rozświetlonej słońcem Hamsie na Kazimierzu, kiedy wszystko zdawało się walić, że jak wszystko się wali (a nie ma żadnej gwarancji, że nie będzie się waliło!), wystarczy trzymać pion i z największym spokojem na jaki nas stać, robić swoje.

Piszę o tym też, bo czuję, że cała edycja Latającej Szkoły (i pewnie wszystkie kolejne) była jak wielka podróż, jak wyprawa z przygodami, które się dobrze kończą, a bohaterki wracają do domu bogatsze o ważne przeżycia i skarby. Obfitowała w różne momenty – przełomy, chwilowe trudności, przebłyski intuicji. A na koniec spokojnie przyżeglowałyśmy do brzegu. I świątecznej już nieco atmosferze (bo święta były za rogiem), świętowałyśmy sukces każdej uczestniczki z osobna.

DSC_0064

Medal dla każdej uczestniczki Szkoły. Zrobiony potajemnie przez Kasię Urban Rybską, naszą mistrzynię haftu gobelinowego.

Więcej o uczestniczkach – niebawem. Jedno jest pewne, kolejna edycja ruszy w kwietniu, zapisy będą w marcu a wszystkim będzie głośno na stronie, w skrzynkach pocztowych (tych którzy są zapisani na newsletter) i w różnych innych miejscach.

podpis-imie