Na sam początek przyznam się do czegoś. Mam ostatnio coraz większą awersję do recept i do mówienia komuś co ma robić. Tysiące odpowiedzi na to „jak co zrobić” zaśmieca Internet. Tysiące ludzi czyta jak coś zrobić, zamiast się zapytać czego tak naprawdę chce. I mimo tej awersji siedzę i piszę post o tytule sugerującym, że zaraz dołączę jako tysiąc pierwsza „ciocia dobra rada”. Ot, taki paradoks.

Wierzę natomiast w stare dobre dzielenie się swoim doświadczeniem. W opowiadanie historii. I zostawianie przestrzeni do refleksji. I inspirację. A zatem, jeśli inspirować to inspirować. Raz się żyje! Zatem ten post będzie o tym, jak ja zamierzam zmierzyć się z tematem noworocznych porządków w duszy i sercu oraz noworocznych postanowień.

Postanowienia są zdecydowanie passè. Mówię to wam jako, że węszę po różnych miejscach i czuła jestem na trendy. Mam na myśli trendy w tematyce „jak żyć i nie oszaleć”. Donoszę uprzejmie, że zarówno Danielle Laporte, Tonya Leigh i Marie Forleo oficjalnie odcinają się od klasycznej idei spisywania „postanowień” i zapominania ich w okolicach święta Trzech Króli. Nie jestem bynajmniej fanką ślepego podążania za tym co piszą różne zwariowane (a jakże) babki za oceanem. Ale uważam, że każda z nich ma coś ciekawego do powiedzenia, możecie poczytać o tym u nich, ale na razie jesteście tu. I zostańcie, bo ja również mam coś ciekawego do powiedzenia.

Przeglądając obrazki na Pintereście trafiłam ostatnio na to zdjęcie i radę, którą zamierzam zaadoptować. Brzmi ona tak – bierzemy słoik. Za każdym razem, kiedy w 2014 wydarzy się nam coś pięknego lub dobrego, a przede wszystkim godnego zapamiętania, spisujemy to na kartce i wrzucamy do słoika. Pod koniec 2014 mamy piękną kolekcję. Jest to praktyka wdzięczności, a nie „postanawiania”, że od teraz już, od jutra, życie będzie inne i my będziemy inne. I że niby stanie się tak siłą naszej wznieconej na okazję przełomu roku woli.

b10a50757a533cc10e2ec5400482050d

Można tą praktykę zastosować wstecz. Tak właśnie zrobiłam, z kubkiem herbaty „Rose and French Vanilla” słodzonej ksylitolem (Przepraszam, ale nie mogę się powstrzymać. Jestem apostołem ksylitolu. Nikt mi za to nie płaci. To jest taki „cukier” z brzozy. Ale nie ma ani jednej z wad cukru. Ma masę zalet. Jest słodki. Leczy próchnicę! Zabija bakterie, drożdże i grzyby – te złe, oczywiście. Niech żyją brzozy!) i wzięłam pod lupę szalony 2013. Zrobiła się długa lista – imiona nowych przyjaciół, porywy serca, odległe miejsca, nowe doznania. Hammam pod Erzurum, Diba Tuncer zabiera mnie do miejsca, gdzie kobiety śpiewają kurdyjskie pieśni. Antykwariaty w Oakland, Grace wyławia dla mnie kolekcję Josepha Campbella. Joga w parku na Brooklynie. Ostrygi. Wakacje przetańczone do Daft Punk. Puma, którą widzę koło autostrady w San Francisco i która patrzy na mnie. I dużo więcej. Oczywiście myślę też o wszystkich absolwentkach Latającej Szkoły i o cudownym zakończeniu jesiennej edycji w Hamsie. Musiałam jednak skakać szukając tych dobrych wspomnień, bo 2013 przyniósł też sporo łez, sporów, złości, rozczarowań i bardzo trudnych refleksji. Skacząc, lecąc, złapałam jednak przewodnią nić. Dobre wydarzenia. Bez liku dobrych wydarzeń.

Druga praktyka, którą mam zamiar zastosować jest już bliższa „postanowieniom” w takim sensie, że kieruje się w przyszłość. Prosto w nadchodzący, pełen tajemnic i możliwości 2014 rok. Polega na tym, żeby usiąść spokojnie i skupić się. I połączonymi – siłą woli, siłą wglądu i siłą intuicji stworzyć wizję tego, co się CHCE aby się stało. Moją największą przewodniczką po tego typu sprawach jest Danielle Laporte wraz ze swoją Desire Map (mam książkę, audiobooka i wszystkie dodatkowe gadżety i często do nich sięgam). Wczoraj odebrałam z poczty książkę Boba Doyla „Rób to co kochasz a znajdziesz w sobie siłę”, dostałam ją do zrecenzowania od portalu Mamo Pracuj. A raczej od jego założycielek. Czytam zatem. Jestem nieco uprzedzona, bo autor dodawał swoje trzy grosze w filmie „Sekret”, a ja za tym filmem raczej nie przepadam, tak jak nie przepadam za książką „5o twarzy Greya”, za Paolo Coelho ani Celine Dion. Ale uczę się, że gusta to poniekąd sprawa wtórna. Bo akurat ta książka  – uprzedzając recenzję – głupia nie jest. Moim skromnym zdaniem.

3a829e8df226f845f0ae89cb789c2b7b

Autor mówi o tym, że krystaliczna wizja, tego co się chce, jest kluczowa. Nie chodzi o film w technikolorze ze wszystkim szczegółami. Typu chcę faceta z pieprzykiem na lewym ramieniu. Bardziej chodzi o to, jak – pozwolę sobie jednak wrócić do Danielle – chcesz się czuć. Czegoś chcesz, a co stoi za tym czymś? Co się tam kryje, w tym obrazie? Jaka jakość? Jaka wibracja?

Autor pisze też tak (cytuję): „Trzymaj się swojej wizji. Słowo trzymać można interpretować na kilka sposobów. W jednym z nich  idea „trzymania się swojej wizji” może wyglądać jak zapowiedź większej pracy – większego wysiłku (…) Przyjrzyj się innym konotacjom słowa trzymać. Trzymać się za ręce. Trzymaj mnie w ramionach. Trzymać szczeniaka czy małe dziecko. Co by się stało, gdybyś trzymał swoją wizję tak jak obejmujesz dziecko? Z miłością, zachwytem i wielką troską?”

Nie będę się tutaj dzieliła moim wizjami. Które właściwie są nie tyle wizjami, co decyzjami. Są kierunkami, w które chce i będę podążać. Pomysłami, które będę podtrzymywać z troską. Są dwie szkoły – jedna mówi – mów wszem i wobec czego chcesz. Druga mówi, trzymaj te wizje w bezpiecznym, chronionym miejscu w sercu. Obie są chyba ok.

Zatem podzielę się tylko jednym marzeniem z gatunku pomniejszych i nieco szalonych. Chciałabym kiedyś na jakąś imprezę związaną z Latającą Szkołą zaprosić do Polski te dwie raperki. No może jeszcze nie w 2014. Uwaga – to co słychać tu, to jest jedna wielka improwizacja.

A wam życzę dobrego kontaktu –  z sobą, z ciałem, z ludźmi dookoła,

również trudnymi ludźmi i trudną częścią siebie.

Niech 2014 będzie magiczny!

podpis-imie