Fot. Magdalena Trebert

Jeżeli prowadzisz własny biznes i pracujesz z domu, to dobrym zwyczajem jest nie pracować w weekendy, tylko spędzać je wśród śpiewu ptaków na łonie natury. Bez komórki, laptopa i Facebooka. Oczywiście jest to niemożliwe w 90% wypadków biznesów startujących. Wtedy trzeba pracować na okrągło, być jak chomik biegający w kołowrotku. Inaczej się nie wytworzy energii, potrzebnej do osadzenia się w materii. Osadzenia na dobre i na złe. Takiego osadzenia, za którym idzie przepływ, czyli flow, wolny, niewymuszony przepływ – idei, klientów, zleceń, pieniędzy, dobrych emocji.

Ponieważ ja etap chomika mam już za sobą, pozwoliłam sobie na weekendowy wyjazd w góry na – można by to tak nazwać – pierwszy zjazd absolwentek Latającej Szkoły Edycja Jesień 2013, zorganizowany przez Gabrysię Jarzębowską z fundacji Bios Amigos (również absolwentkę). Byłam zatem przez cały weekend offline (hurra!), zatopiona w intensywnym programie edukacyjno-rozwojowo-kulinarnym. Oczywiście był też czas na zwykłe pogaduchy i wtedy zostałam zainspirowana do napisania tego artykułu. Gadałyśmy – między innymi – o wzlotach i upadkach pracowania „na swoim”.

1972489_639733696092385_863686216_n(Oto my na łonie natury, wśród śpiewu ptaków, w słynnym Sopatowcu)

Problem można zdefiniować tak: dni są za krótkie, deadline’y bezwzględne, wszyscy coś od nas chcą, ciężko jest ułożyć sobie dzień pracy tak, żeby na koniec iść spać z czystym sumieniem. Jak żyć, co robić?

Podzielę się czymś, co odkryłam niedawno.

Jeżeli chcemy mieć dobry flow, jeżeli chcemy, żeby nasz dzień pracy był jak utwór funky, to podstawą jest dobry rytm. Dokładnie tak samo jak w muzyce.

 

Co to oznacza w praktyce?

Pracowanie non-stop, zrywami, świątek piątek, bez robienia sobie przerwy w dzień święty (zwany inaczej dniem świętego spokoju) to tak zwany rytm rwany. To jest muzyka eksperymentalna rodem z garaży Japonii, albo współczesna muzyka poważna. Na dłuższą metę nie da się jej słuchać non stop. I nie da się do niej tańczyć. Nasze ciało potrzebuje prostszych i bardziej przewidywalnych rytmów.

Rytmy możemy sobie stworzyć.

W korporacjach rytm narzuca pracodawca. Często nie jest to nasz naturalny rytm. Prowadząc własny biznes to my gramy na instrumentach perkusyjnych. Oto kilka pomysłów na stworzenie sobie rytmów.

Znasz te dni kiedy przed tobą jest tona zadań, nieskończenie długa lista „to do”, zawinięta jak wstęga Moebiusa?  Otóż bardzo przydała mi się rada Philipa Guzeniuka, coacha, który prowadzi na całym świecie warsztaty „Happiness In Action”, ja byłam na jego warsztacie w HUBie w Berkeley. Otóż Philip mówi, że błędem jest podchodzenie do takiego wielkiego zestawu zadań jak do przebiegnięcia maratonu. A tak właśnie często robimy. Należy rozbić dzień na serię małych sprintów. I należy koniecznie wstawić pomiędzy sprinty KRÓTKIE PRZERWY na odpoczynek. Pomyśl o tym jaką koncentrację i jaką postawę ma sprinter, a jaką maratończyk. Sprinter jest w pełni skoncentrowany na krotkoterminowym celu. Biegnie krótko, potem odpoczywa.

To może wyglądać zatem tak: zadanie numer jeden – przerwa 5 minut (taniec! albo stretching!) – zadanie numer dwa  – przerwa 5 minut (taniec! albo stretching!) itp. Chodzi tu o to, aby być bezwzględnym jeśli chodzi o czas, bo 5 minut na Facebooku może zamienić się łatwo w godzinny internetowy surfing. W tym celu używamy naszego telefonu komórkowego, który ma wbudowaną opcję budzika i po 5 minutach da nam znać – jeśli go o to poprosimy.

Druga rada dotyczy emocji. Jest korelacja między swobodnym przepływem emocji, a przepływem, o którym mówiłam na początku (przyjemny przepływ w pracy). Otóż emocje potrafią nas chwycić i tak nami zakręcić, że z pierwotnego planu dnia robią się nici.

Dam przykład. Wczoraj rano, kiedy uzbrojona w całkiem poważną listę „to do” (w końcu w najbliższy weekend startuje wiosenna edycja Szkoły!) usiadłam do komputera, zaskoczył mnie mail o następującej treści:

„Mam przyjemność poinformować, że uczestnicy ostatniego TEDxKrakówLive docenili Pani działalność w Krakowie i zasugerowali Panią jako osobę, która mogłaby ubiegać się o nagrodę TED Prize (…)Wprawdzie termin zgłoszeń do TED Prize 2015 upływa dziś w nocy, ale może zdecyduje się Pani wypełnić formularz i aplikować o nagrodę (…)”.

No taki mail to zawsze miła niespodzianka, szczególnie, że nigdy nie byłam na wydarzeniu TEDx, a jedynie oglądam sobie wykłady TED anonimowo, prywatnie, cichaczem.  Klikam w link. Miałam robić coś innego, ale klikam. Nie powiem, endorfiny i inne neurosubstancje krążą mi szybciej po ciele. Nominowanie siebie samego to nie bułka z masłem. Można otrzymać milion dolarów, jeśli napisze się jaką się ma misję i jak się chce ją zrealizować – ale porywająco na maksa trzeba napisać, tak porywająco, żeby porwać czytającemu cały łańcuch DNA w dziki taniec.

Otóż przepraszam was, latające kobiety, bo zdecydowałam się nie aplikować o nagrodę, którą – gdybym ją dostała – zainwestowałabym w stworzenie w całej Polsce sieci latających LABów, czyli miejsc wspierających kobiece, kreatywne biznesy, uczących kobiety know-how i tworzące okazję do współpracy, wymiany i synergii jakiej świat nie widział i nakręciłybyśmy film i teledyski i kampanię byśmy zrobiły, żeby obniżyć ZUS dla małych kreatywnych firm, ale ale ale! Ale napisanie porywająco na maksa o mojej misji nie zmieściło się w mojej wczorajszej liście „to-do”. Bo takie pisanie to nie rurki z kremem.

A poza tym – trzeba się na chłodno zapytać – czy to zaprowadzi mnie tam dokąd idę, dokąd chcę iść? I pytać tak o każdą rzecz, która nam staje na drodze i próbuje odciągnąć naszą uwagę.

Otóż mam pewne doświadczenie w startowaniu w takich konkursach. Próbowałam już dostać 8 tysięcy dolarów od amerykańskiej fundacji na różne działania związane z rozwojem Latających Kręgów. Poległam w konkurencji z inicjatywami o większym globalnym znaczeniu, niż rozwój kobiecej przedsiębiorczości w Polsce. I tak samo bym poległa w konkursie TED Prize 2015, nawet gdybym wczoraj przez pół dnia stawała na głowie przed klawiaturą.

Wniosek z tego taki. Realizm i emocje na wodzy są czasem ważnym składnikiem flow. Bycie we flow nie oznacza permanentnego bycia na haju. Podniecenia się byciem wyróżnionym i zapomnienia co się ma do zrobienia.

Pomyśl, jak jest u ciebie. Jak często rozproszenie i dekoncentracja związana jest z tym, że coś cię emocjonalnie „zbije z tropu”? Wkurzy? Zaniepokoi? Podnieci? Tu nie chodzi o to, żeby zapisać się do partii stoików, szczególnie jak ma się niestoicki temperament. Tu chodzi o ćwiczenie się w ocenianiu, czy dana emocja niesie nas (jak fala) w kierunku, który nas interesuje.

Zatem tak widzę kwestię dobrej organizacji pracy. Przepływ rytmów, przepływ emocji. I wyłączony Facebook, jak się robi coś, co wymaga koncentracji. Albo włączony – jak ćwiczysz się na mistrza zen. I wyłączony sygnał przychodzących maili w Gmailu. Albo nie używanie Gmaila. Ćwiczenie się w koncentracji. Sprinty. Używanie budzika w telefonie do odmierzania czasu.

A ty? Jakie masz rady? Jak sobie radzisz?

podpis-imie