Znasz to uczucie, kiedy nadchodzi wieczór, a z lisy “rzeczy do zrobienia” możesz skreślić tylko jedną pozycję z kilku, które na nią wpisałaś nad ranem? Okropne uczucie. Bezsilność i nerwy. Ochota, aby “w końcu” posiąść tajemną wiedzę o tym jak panować nad czasem.  Klasyczne “zarządzanie czasem” i obietnice składane przez rozliczne poradniki, systemy i sprytne metody podsycają pewien mit. Mit, iż jeżeli tylko się postaramy, to kiedyś nadejdzie dzień, w którym będziemy tak perfekcyjnie pakować nasze zamiary w równo przycięte czasowe pudełka, że uda się każdego dnia zrealizować plan pięcioletni i iść spać z czystym sumieniem. Żadnych ciągnących się spraw. Żadnych zaległości. Tylko zarządzanie czasem przeprowadzane z zacięciem Terminatora…

Pięknie opowiada o tym Danielle Laporte. A kto dobrze zna angielski niech ściągnie ze strony nagranie “Calling all sovereigns of Time”

[youtube]ab_Nikw9IO8[/youtube]

Poprosiłam wczoraj na Facebooku o podzielenie się najlepszymi sposobami radzenia sobie z czasem. Bardzo dziękuję za wszystkie komentarze. Temat bardzo mnie interesuje. Ponieważ nie jestem mistrzynią w tej materii. Czas nie staje, kiedy zabieram się d o pracy, nie rozciąga się jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki (czasem tak – ale o tym później). Nie jestem tą, która kończy wszystko na dzień przed deadlinem, a o godzinie zero zawsze stoi na posterunku z naładowanym karabinem. I właśnie dlatego bardzo mi zależy na tym, aby zrewidować moje relacje  z czasem i natłokiem spraw do zrobienia, a przy okazji podzielić się z wami najcenniejszymi odkryciami. Mój priorytet to dążenie do tego, aby trzymać się terminów, jeśli związani są z tym inni ludzie. Opóźnienia, zawalanie, przesunięcia generują złe emocje – złość, irytację, gniew. I nawet jeśli jest to mikroskala. Zła karma. Wolę się nauczyć mówić nie. W duchu Danielle Laporte: “wszystko co masz do zrobienia, to coś czemu w pewnym momencie powiedziałaś TAK”. Odpowiedzialność za każde “tak”, za każde “nie”.

Oto krótkie sprawozdanie z dotychczasowych badań. Mam nadzieję, że okaże się przydatne.

Jakiś czas temu naukowcy doszli do “rewolucyjnego” wniosku, że to jacy jesteśmy to “50% geny i 50% wychowanie”. “Uwielbiam” tego typu truizmy i dlatego wymyśliłam własny – to jak sobie radzimy z czasem:

w 50% zależy od tego, kim jesteśmy

w 50% zależy od naszych nawyków

Z tego równie “rewolucyjnego” stwierdzenia płyną ciekawe, moim zdaniem wnioski. Jeżeli chcesz zmienić swoją relację z czasem, to:

1. Przyjrzyj się temu kim jesteś. Zaakceptuj swoją esencję. Nie brnij pod prąd.

Są ludzie, którzy potrafią zapalić się w minutę do pomysłu, w drugiej minucie zacząć go realizować, w trzeciej porzucić go, bo w radiu leci ciekawa piosenka. Są ludzie, którzy potrzebują maksymalnej koncentracji, aby dokończyć zadanie. Są wzorowe uczennice, które prędzej umrą niż odłożą obowiązek na później i są osoby o podejściu Scarlett O’Hary, zawsze gotowe, by “pomyśleć o tym jutro”. Dlatego nie istnieje jedna recepta na sukces. Ale być może dobrym pomysłem na start jest zaakceptować swoją “bazową energię” i nie łudzić się, że ją zmienimy. Możemy zmienić nawyki, możemy pozbyć się neurotycznych skłonności, persony, małych prokrastrynacji (na marginesie – to pojęcie oznaczające odkładanie rzeczy na później, robi niezłą karierę) wynikających z tego, że mamy źle poukładane parę kwestii pod czaszką. Ale nie zmienimy esencji, która ma związek z prędkością. Prędkością podejmowania decyzji. Prędkością działania. Prędkością zniechęcania się. A czas to jak wiadomo – droga dzielona przez prędkość.

Zatem – jaka jest twoja bazowa energia? Ja na przykład ulegam często złudzeniu, że jestem hinduskim bożkiem, który ma 5 par rąk i może robi 10 rzeczy na raz, a potem budzę się – z jedną ręką w nocniku, a drugą – zajętą prędkim dokańczaniem tego, co ma być zrobione. Na wczoraj.

Zatem moim wyzwaniem jest zakładanie, że wszystko zajmuje mniej czasu, niż zajmuje w rzeczywistości. Trudności z działaniem regularnym. Branie za dużo na siebie. Natomiast moją siłą jest łatwość w żonglerce kilkoma rzeczami na raz, szybkie przełączanie się z jednej sprawy do drugiej i szybkie tempo działania. Cała sztuka polega na tym, aby zmieniać nawyki, pozostając w zgodzie z tym, kim się jest. Inaczej zmiany będą jak krótkotrwały zryw. A na koniec zostają wyrzuty sumienia.

Jak jest u ciebie? Co jest dla ciebie wyzwaniem? Co jest twoją siłą?

Czy umiesz oddzielić to, jaka jesteś, od nabytych nawyków? Wynikających na przykład z tego, że przez lata chciałaś wszystkich zadowolić – szefa, mamę i partnera, a najmniej myślałaś o sobie? Albo z tego, że przez lata zajmowałaś się rzeczami, które wcale nie służą twojej duszy i straciłaś życiodajny entuzjazm, który potrafi być prawdziwym napędem do działania?

Uszanuj to, kim jesteś. Oddziel siebie od szkodliwych nawyków. Nawyki można zmienić.

2. Zrewiduj swoje nawyki.

Nawyki są oczywiście powiązane z tym, kim jesteśmy. Ale nie są one naszą esencją. Wypływają z niej, ale są elastyczne. Można je zmieniać. Łatwiej jest dodawać nowe, niż pozbywać się starych. Jest na to nawet uzasadnienie neurobiologiczne, którego nie przytoczę, ale i bez uzasadnienia łatwo to sprawdzić na własnej skórze. Wprowadzenie nowego nawyku wiąże się natomiast z DECYZJĄ, a w głębi duszy wydaje mi się, że jest to słowo klucz dla całej zagadki związanej z czasem. Ponieważ jeśli decydujemy, że coś jest ważne, to zazwyczaj znajdujemy na to czas. Mam na myśli świadomą decyzję, która zawsze związana jest ze stanem przytomności. Ponieważ wiele decyzji zapada mniej świadomie – na przykład coś w nas decyduje, że warto jeszcze posurfować po Youtubie, bezmyślnie klikając kolejne sugerowane filmiki video. Coś decyduje, a potem my się budzimy, patrzymy na zegarek i się na to “coś” w nas irytujemy.

Aby jednak nie pisać ogólnikowo “zrewiduj swoje nawyki”, podzielę się konkretnymi praktykami, które mi pomagają:

ZJADACZE CZASU POD LUPĘ. Regularne wyłapywanie “zjadaczy czasu” i decyzja o ich usunięciu. Drobiazgi. Zainstalowanie programu Outlook Express, tak aby nie sprawdzać osobno wszystkich kont pocztowych. Automatyczne przelewy. Kupienie dziesięciu znaczków, aby nie musieć stać w kolejce na poczcie za każdym razem, gdy trzeba wysłać list.

JASNOŚĆ. Codziennie rano pytam się “Co jest tak naprawdę ważne dziś?” Przeczytałam gdzieś, że sensownie jest nie zakładać, że “naprawdę ważne” jest więcej niż 3 rzeczy… Kilka osób pisało dziś na Facebooku o sile priorytetów – Joasia Gotfryd, Magda Grabińska, Mata Klis… Problem jest taki, że często sprawy drugorzędne uwielbiają wpychać się do pierwszego szeregu, skakać, domagać się uwagi i … udawać priorytety. Jedyne co moim zdaniem przychodzi z pomocą to wyrobienie sobie nawyku częstego pytania: “czy to jest teraz ważne? czy to jest priorytetem? czy to może poczekać?”

– BUDZIK. Ustalanie ile czasu mamy zamiar poświęcić na daną rzecz. Nastawienie budzika. Oderwanie się, gdy zadzwoni. Małgorzata Mazur napisała: “u mnie najlepiej sprawdza się działanie “na budzik”. Ustawiam w komórce czas na zrobienie konkretnego zadania i przerywam bezwzględnie gdy zadzwoni alarm. Jeszcze się nie zdarzyło, żebym nie wyrobiła się w czasie:) Ale zasada jest jedna: w wyznaczonym przedziale czasowym maksymalna koncentracja na tym jednym tylko zadaniu. a potem krótka przerwa, jakaś mała nagroda w postaci filiżanki kawy i zadanie nr 2 🙂

PRZYPISYWANIE TERMINÓW. A dokładnie rzecz biorąc, chodzi o słówko “schedule”, którego nie da się zgrabnie przetłumaczyć. Chodzi o planowanie połączone z przypisaniem daty realizacji. Sprawy, które nie są “scheduled” mają tendencję do zanikania w wirze wydarzeń. To oczywiście wiąże się ze świadomym podejmowaniem decyzji.

PRZERWY. Wyrobienie nawyku odpoczywania co jakiś czas. Przerwa – w zależności od preferencji – na kawę, papierosa, ćwiczenia oczu (sugestia Moniki Kotulak), parę jogicznych oddechów, potańczenie do ulubionej muzyki…

TRICKI. Czyli wspomagacze dla świadomości zanurzonej w rwącym nurcie życia. Przypominacze. Moje ulubione to wrzucanie na tapetę telefonu komórkowego sfotografowanego napisu np. “koniecznie kupić żarówki!”

FLOW. Szukanie stanu flow, w którym “czas zanika”, a my jesteśmy pochłonięte i w pełni skoncentrowane. Zazwyczaj stan ten związany jest z robieniem tego, co się kocha – pisały o tym Nat Gru, Alina Bieniek, Marta Grabińska… Mając podwyższony stan świadomości można doświadczyć magicznych momentów, w których czas jest nam całkowicie posłuszny, kurczy się i rozciąga, a my nawigujemy, lekko i  gracją. Z tym, że w większości przypadków, są to rzadkie chwile.

Z mojego doświadczenia wynika, że nawet “robienie, tego co się kocha” składa się z masy rzeczy mniej przyjemnych, a czasem nawet upierdliwych, których nie sposób wyeliminować. Najbardziej ukochany biznes to 30% bycia na haju i 70% żmudnej pracy “w tle” – wypełniania papierów, pisania maili, ślęczenia przed pustą kartką lub monitorem…

A zatem “the winner is…” Wszystkie komentarze były cenne, a nagrodę zdobywa Krystyna Czarnecka – Ćwiertka za wypowiedź:  “Na początku był notes,w tym roku zielony, roślinno-motyli. Planuję. Staram się nie mieć zadań na wczoraj. Jeśli ważne niepilne mogę zrobić dzisiaj, to je robię. Nie waham się prosić o pomoc. Szukam energooszczędnych rozwiązań, unikam “pustych przebiegów”. Ufam sobie. Wyciągam wnioski. Odpoczywam. I najważniejsza praktyka: zamiast zarządzać czasem zarządzam sobą w czasie” oraz Małgorzata Mazur za radę “budzikową”.