To nie jest artykuł o tym jak zrobić biznes, będąc mamą. To jest artykuł o tym, jak zrobić biznes sprzedając coś mamie. Mamie i tacie, mówiąc precyzjniej. Spełniając ich ukryte pragnienia. Oczywiście jedyne, co oferuję to skrajnie subiektywne refleksje młodego (jeśli nie wiekiem, to stażem) rodzica, który ma czułki nastawione na takie częstotliwości, że lubi przepowiadać trendy i wymyślać niszowe pomysły biznesowe.

Młody rodzic to specyficzne stworzenie. Najczęściej jest on emocjonalnie wytrącony ze swojego zwykłego habitusu (te dwa zdania należy w myślach przeczytać głosem Krystyny Czubówny, także proszę teraz wrócić do początku akapitu i przeczytać je raz jeszcze). Niezależnie od tego, czy przebywa w stanie permanentnej euforii, czy też przeżywa chwile grozy przeplatanej rozpaczą, ważne jest to, że czuje się „inaczej niż normalnie”, co najczęściej powoduje jego stres. A homo postmodernus w stresie najczęściej zwiększa swoją konsumpcję. Rozgląda się nerwowo dookoła za produktami, które mogłyby ów stres (pozytywny lub negatywny) zniwelować. Kupuje literki drewniane z imieniem dziecka i ustawia je w salonie na kominku, albo wkręca się w obsesyjne licytowanie chust na Allegro.

Jednym słowem, o ile tylko portfel mu na to pozwala, młody rodzic to potencjalnie konsument idealny.

Mimo, iż rynek zawalony jest wieloma produktami, które ja z mojej eko-minimalistycznej perspektywy często uważam za zbędne, postanowiłam podzielić się kilkoma pomysłami, które mi przyszły do głowy w trakcie mojego krótkiego rodzicielskiego stażu.

Domy Narodzin

Zacznę od tego, że miałam ambitny plan nie rodzenia w szpitalu. Szpitale są na mojej liście miejsc, które lepiej omijać z daleka. Byłam gotowa wydać równowartość średniej krajowej brutto wg GUSu za przywilej urodzenia dziecka we własnym domu, pod czujnym okiem lekarza. Wymagało to asertywności.  „Boże, jest pani pewna, ja bym się bała!” powiedziała położna środowiskowa i spojrzała na mnie takim wzrokiem jakbym oznajmiła jej, że wybieram się na wakacje na samotny trekking po Państwie Islamskim. Albo „no tak, bogatemu kto zabroni” – to mój ginekolog z NFZ-tu, bardzo arogancki typ, który dowiedziawszy się ode mnie kim jest doula (kto jak kto, ale położnik mógłby wiedzieć) oznajmił : „co za głupoty pani pieprzy, ludzie powariowali, może ja też zostanę taką doulą?” Cytat dosłowny.

Mój lekarz doulą nie został, a ja niestety nie urodziłam w domu. Czemu – to dłuższa historia. W każdym razie postuluję powstawanie tak zwanych Domów Narodzin. Wynalazek w Polsce mało znany. Jakem prorokini – jestem pewna, że trend odchodzenia od medykalizacji porodów się pogłębi i osoby, u których nie będzie przeciwskazań, będą chciały rodzić nie tylko „po ludzku”, ale też „po domowemu”.

Gra planszowa “9 miesięcy”

Na kilka dni przed terminem trafiłam do piekieł, czyli na oddział patologii ciąży. Moja patologia była niewielka i trafiłam tam w imię szeroko wyznawanej w medycynie zasady „dmuchamy na zimne”. Było to bardzo pouczające doświadczenie, które pogłębiło moją niechęć do systemu służy zdrowia i nauczyło mnie wielu rzeczy, o których mogłabym napisać bardzo długi esej. Nie napisałam go jednak i wypisałam się w końcu na własne życzenie. Przez te kilka dni leżałam na sali z kilkoma dziewczynami. Naszą jedyną rozrywką była lektura, bo nie wolno nam było opuszczać oddziału i rozmowy. Pech chciał, że dziewczyny chciały tylko rozmawiać o … swoich ciążach. I to głównie w kontekście obaw i lęków. Próbowałam zapodawać inne tematy, ale nie „chwytały”. Jedyną odmianą było to, że jedna z pacjentek na co dzień pracowała w IPNie i zabawiała nas opowieściami o żołnierzach wyklętych. Mimo, że to stanowczo nie moja bajka, żołnierze wyklęci byli miłą odmianą od cesarskich cięć i testów oksytocynowych.

I wtedy przyszło mi na myśl, że gdybyśmy miały grę planszową, to byśmy sobie pograły! Najlepiej gdyby to była gra o … ciąży. Trzy trymestry, pionki, na początek losujesz swój los – ciąża mnoga albo wpadka nastolatka, albo in vitro nierefundowane… Przechodzisz przez wszystkie etapy, aż do szczęśliwego rozwiązania. Po drodze obowiązkowe USG połówkowe, stoisz trzy kolejki w kolejce na badania z NFZ, albo w ZUSie wypełniając wniosek o zasiłek…

Gdyby gra była ładna graficznie, to może by się sprzedała… Grupa docelowa jest wąska, bo nie każda przyszła mama lubi gry, ale mogła by ona mieć pewną wartość edukacyjną… W każdym razie ja leżąc bezczynnie na patologii bym sobie zagrała…

Swoją drogą gdyby ktoś miał mały wózeczek i zapełnił go hummusem, orzechami, napojami z kokosem, owocami i chrupkim pieczywem kukurydzianym (opcja A) czipsami, coca colą, kabanosami i snickersami (opcja B) i dostał pozwolenie na rundkę po szpitalu, to by sporo zarobił, bo posiłki w szpitalach wyglądają tak:

posilek-w-polskim-szpitalu-facebook-1

Jasne, rodziny przynoszą jedzenie w siatach, ale czasem z nudów by człowiek kupił coś z wózka, z nudów i dla draki.

KTG a Pregnabit

Rok temu nie wiedziałam czym jest badanie KTG i kiedy czytałam zgłoszenie do szkoły Patrycji Wizińskiej, rozumiałam tylko tyle, że to co wymyśliła to coś bardzo technicznego, innowacyjnego i że to ciekawa odmiana po biznesach coachingowo/rozwojowo/warsztatowych. Patrycja Wizińska, dziś absolwentka szkoły, opracowała wraz z zespołem urządzenie, które może konkurować z tradycyjnym urządzeniem KTG do pomiaru pracy serca dziecka i zapisów skurczów macicy. Kto był na Zlocie Latającej Szkoły w styczniu 2015, ten słyszał jej opowieść. Pregnabit, bo tak się będzie nazywało urządzenie, nie wszedł jeszcze na rynek, jest na etapie testów, ale korzystam z każdej możliwej okazji, żeby zatrąbić i go zapowiedzieć. Zaletą Pregnabitu będzie rozmiar wielkości telefonu komórkowego i możliwość pomiaru … w domu, wielokrotnie w ciągu dnia. Kto był torturowany zapisem KTG, wie jak wielkie błogosławieństwo kryje się w tym pomyśle, a kto nie odróżnia KTG od KGB, ten pewnie i Pregnabitu od Pregnavitu nie odróżni…

Ciuchy laktacyjne

Doszłam do wniosku, że dziwi mnie jakim cudem istnieje wiele sklepów z odzieżą ciążową (ostatnio jeden upadł i w jego miejsce powstała najlepsza na świecie lodziarnia z lodami domowymi, chwała zmianom!), a za to nie ma w ogóle sklepów z odzieżą po-ciążową. Ja w ciąży chodziłam w tych samych ciuchach, co wcześniej. Ok, nie we wszystkich. Natomiast po ciąży, mimo że błyskawicznie wróciłam do poprzedniej wagi i wymiarów, uznałam, że muszę wymienić wszystkie „góry” jakie posiadam. Albo wstawić w nie zamki. Żałuję, że nie idąc z duchem czasu, nie chodziłam w rozpinanych koszulach, które były modne jakiś czas temu. To był wielki błąd. Jednym słowem – karmienie piersią wymaga  zaopatrzenia się w odpowiednią garderobę, nie mówiąc już o biustonoszach, a ja nigdzie nie widzę sklepów z taką odzieżą. Na ogłoszenie krawieckie pt. „wstawię zamki we wszystkie twoje bluzki” odpowiedziałabym natychmiast i byłabym słono gotowa za taką usługę zapłacić.

Aplikacja na smartfony „kupa-siku-cyc”

Aplikacja, która pozwala jednym, szybkim dotknięciem ikonki zaznaczyć fakt zaistnienia jednego z tych trzech wydarzeń. Dzięki gromadzeniu danych młody zestresowany rodzic pod koniec tygodnia dostaje wykres częstostliwości karmień, sikań i … kupań (?) i umie sam sobie oraz pediatrze odpowiedzieć na pytanie, które nabiera większej wagi niż pytanie „kim jesteśmy, dokąd zmierzamy?”, czyli: „jak często pani dziecko robi kupkę?”

Jasne, można zapisać to wszystko po staropolsku, w kajeciku, ręcznie, ale smartfon to szybkość i opcje kolorowych wykresów, które mają potencjał działania kojąco na nerwy młodego rodzica.

On-line program fitness

Zamiast grzebać po Youtubie w poszukiwaniu filmików „post partum fitness”, które kończą się tym, że trafiam na irlandzkie vlogerki, które chwalą się w nieskazitelnym makijażu, fryzurze jak z salonu, siedząc w nieskazitelnie posprzątanej sypialni, swoimi tygodniowymi pociechami, które „non stop śpią i nie sprawiają żadnych problemów”, prezentują potem swoje brzuchy (a ja myślałam, że tylko ja od razu straciłam brzuch i już mi się robi łyso) i świergoczą wesoło, a ja się robię nerwowa, bo właśnie dobiegło końca moje „15 minut ciszy” zafundowane przez mojego syna, no więc zamiast szukać po omacku, dałabym sporo za dostęp do fajnej strony on-line z ćwiczeniami, które przede wszystkim miałyby na celu uśmierzyć bóle kręgosłupa, zapobiec bólom kręgosłupa, wzmocnić mięśnie, w tym np. mięśnie Kegla, czyli taki kompleksowy fitnessowy skondensowany program pociążowy.

Znalazłam jeden amerykański, ale były w nim ćwiczenia na piłkach, a ja nie mam piłki…

Wszystko co dobre i zdrowe z dostawą do domu

Masaże. Są, korzystam. Jedzenie. Tesco i Alma i Auchan oferują taką opcję. Ale dobra fryzjerka, która nie schrzani koloru? Pedicure? Ktoś kto by mi na nowo doplótł dredloki? Niestety, nie ma takiego numeru… A dredloki to idealna fryzura dla młodych mam. Dopóki dziecko nie chwyta i ciągnie. Jedna z dwóch idealnych. Druga to ogolenie głowy na łyso, ale warto przy okazji mieć rysy Sinead O Connor. Dlaczego? Bo nie trzeba codziennie myć głowy! Kto nie ma dzieci, nie wie o czym mówię. W ogóle przed porodem najlepiej się wydepilować laserowo na całym ciele, machnąć sobie kreski permanentne na oku, ogolić głowę i koniecznie wypełnić wszystkie ubytki w zębach. Tak aby ograniczyć późniejsze zabiegi pielęgnacyjne do totalnego minimum.

Produkty, które ratują życie młodego rodzica. Polecam z ręką (nie, nie w nocniku, to niestety jeszcze nie ten etap…) na sercu. Taki kącik promowania różnych rzeczy, mimo, że nie biorę prowizji i nikt się mnie nie pytał o zdanie.

Wielka filcowa torba od Anki Cyganki. Nie wyobrażam sobie jak można wyjść na miasto z dzieckiem pod pachą i inną torbą na ramieniu. Taka, co się ją zapina, a potem trzeba grzebać w poszukiwaniu czegokolwiek to by był koszmar. Ja mam trochę inny model, ale zasada taka sama jest.

5cf628_9761ae39c5504cf1abae8f0d681587b0-650x750

Nerki Mięty. W nerce nosi się telefon (chodząc po domu), albo telefon i klucze. W jednym ręku trzyma się dziecko, drugim sięga się do nerki. Wiem, że to zabrzmi złowrogo, ale lepiej kupić nerkę ze złotej skóry, albo innego nieprzemakalnego, dającego się łatwo zetrzeć/umyć materiału. Nie pytajcie dlaczego.

nerka2

Otulak od Szumisia. Szumisie to takie szumiące misie. Made in Poland. Fajna sprawa, miś wydaje odgłos szumiący, który podobno uspakaja i usypia, ale moje dziecko aż tak bardzo się Szumisiem nie jara, jak jego rodzice. Natomiast w zestawie można kupić też otulak, czyli kawałek materiału do bardzo ciasnego owijania niemowlęcia. I to bardzo ciasne owijanie zdaje egzamin. Polecam gorąco. Otulone dziecko wygląda też wyjątkowo uroczo, ale to nie powód do zakupu, przynajmniej ja apeluję o to, aby nie kierować się przy zakupie czynnikiem „cuteness”…

pr-600-600-zestaw_otulacz

Wiaderko do kąpania Tummy Tub. Teściowa może skrytykować pomysł „kąpania dziecka w wiadrze”, ale to bardzo mądry wynalazek. Pozycja pionowa przy kąpieli jest bardziej naturalna dla maluchów, niż leżenie w wodzie na wznak.

Dobrze, otwieram pole do rozmowy. Czy masz jakiś pomysł na biznes mamowy, który może niekoniecznie sama chcesz realizować, a którym się chętnie podzielisz? A może chcesz podzielić się swoim naj najukochańszym odkryciem spośród produktów dla dzieci? A może chcesz kogoś pozdrowić? Ja pozdrawiam moją doulę Zuzannę i wszystkie położne anioły ze Szpitala Morskiego i wszystkie czytające ten tekst obecne i przyszłe mamy. I tatusiów.

Poczułam, pisząc te słowa, że a nuż osoby bezdzietne poczuły się wykluczone i postanowiłam, że mój następny artykuł będzie dziecioneutralny. Propozycje tematów zawsze mile widziane.

Foto – Magdalena Trebert