Jeszcze do niedawna ( no powiedzmy 2 lata wstecz) nikomu bym nie uwierzyła, że będę zakładać własny biznes. Przecież to ryzykowne, niepewne a poza tym co niby miałabym robić, czy ja się na czymś dobrze znam? Co prawda moja obecna wtedy praca zawodowa bardzo mnie frustrowała i dawała coraz mniej satysfakcji za to pochłaniała mnie bardzo wywołując coraz większy stres i bezsilność wobec stawianych przede mną zadań – często bezsensownych czyli z mojej perspektywy głupich i niepotrzebnych. Zmienić pracę wcale nie jest łatwo, już się o tym raz przekonałam rezygnując z mojej pierwszej pracy i nie mając żadnej alternatywy, za to mając dzieci i kredyt na głowie. I tu stawałam przed ścianą, bo robić to samo tylko w innym miejscu nie będzie dla mnie satysfakcjonujące chciałam coś zmienić zupełnie, ale jak … odejść nie mogę bo przecież (j.w.) a poza tym „nie wypada”, bo pomogli mi gdy ja byłam w potrzebie.Rozwiązanie przyszło samo – zwolnili mnie, zamiast się zamartwiać poczułam ulgę. Ale zaraz później poczułam też nóż na gardle, co teraz?

Zlecenia jakoś same się pojawiały, pozwalając mi przetrwać kolejne miesiące, ale nawet pracując na własny rachunek czułam niesmak tego co robię.

Aż pewnego wieczoru gdy dzieci spały, a męża nie było nagle zaświtała mi myśl, że przecież takich kobiet jak ja musi być więcej, że chcą coś robić wspólnie a nie wiedzą gdzie, co i jak? To ja im pomogę i coś zorganizuje. Zaczęłam spisywać na kartce koleżanki dopisując do nich ich umiejętności. Krew zaczęła szybciej krążyć, coś mi świtało choć nie wiedziałam jeszcze co to jest. Chciałam się z nimi wszystkimi zaraz spotkać opowiedzieć jaki mam fantastyczny pomysł, że już teraz, zaraz zrobimy „to” razem, wspólnie i będzie oczywiście świetnie! Nie do końca wiedziałam co zrobimy, ale podekscytowana poszłam spać. Rano wszystko wydawało się już mniej realne a nieśmiałe przebąkiwanie przy koleżankach o moim pomyśle spełzło na niczym, nie uchwyciły tego „czegoś”.

No cóż na szczęście została kartka z zapiskami. Mijały dni, tygodnie, mój pomysł zaczął się powoli krystalizować. Przyszło duże zlecenie i zdecydowałam – OK zrobię to a zarobione pieniądze zainwestuje w mój pomysł. Zaczęłam szukać miejsc podobnych do tego, które chciałam stworzyć. Konkurencja – trzeba ją rozpracować co robią dobrze a co źle i jak uniknąć tych błędów. Nakręcałam się coraz bardziej, zaczęłam szukać lokalu – tragedia, dofianasowań – druga tragedia… Uparłam się wkońcu na jakiś lokal choć czułam, że to bez sensu bo i znajomi odradzali, ale same wiecie, tonący..itd. I żeby nie utonąć poszłam do .. wróżki, tak, potrzebowałam siły wyższej żeby wskazała mi drogę. Usłyszałam – nie teraz, to jeszcze nie Twój czas. I to czego najmniej się spodziewałam – pojawi się kolejne maleństwo. Przecież to nie jest dobry czas, ja bez pracy no i chcę otwierać własny biznes. A jednak się sprawdziło. No to pozamiatane. Udało się znaleźć pracę etatową, ale myśl o moim małym biznesie oddalałam się coraz bardziej.

Przyszła jesień. Córka wymyśliła sobie zajęcia z akrobatyki. Poszłam z nią. Najpierw pobłądziłyśmy trochę aż w końcu wróciłyśmy w pobliże naszego domu i weszłyśmy do jakiegoś dziwnego budynku. Ona poszła na zajęcia a ja zaczęłam rozglądać się po niemal pustym lokalu. To jest to Miejsce! To jest moje Miejsce! Ale jak, gdzie, maluch w środku… nie teraz, może kiedyś… Po kilku tygodniach znalazłam informację, że będzie można się starać o dotacje z niewykorzystanych funduszy jeszcze z tych do 2013r. Kolejny znak, przecież tych pieniędzy i takiej możliwości miało już nie być. No i to Miejsce! Siedzi mi ciągle w głowie i zagościło się już na dobre. Co robić, co robić przecież to nie mój czas… Muszę, znowu muszę zapytać siły wyższej! Wróciłam do „mojej” wróżki. Śmiała się patrząc na piłkę, którą niosłam przed sobą i pytała co mnie tak do niej gnało. Uśmiechnęłam się tylko i czekałam co powiedzą karty. I masz Ci los! To jest ten moment, pisz projekt nie oglądaj się na nic! Właściwie nie mam nic do stracenia. Zaczęłam pytać, chodzić na konsultację, ale jakoś ciągle mój pomysł nie pasował do wymagań we wniosku. No i moje Miejsce okazało się jakimś „bagnem”. Co robić? Zmień perspektywę, spójrz na to z innej strony, znajdź rozwiązanie – nie to bezsensu, to znak żeby w to nie brnąć, to się nie uda. Ale brnęłam znajdując kolejne rozwiązania żeby był wilk syty i owca cała. Szukałam znaków i potwierdzenia, że zmierzam w dobrą stronę wśród przyjaciół w listach miłosnych, na warsztatach z mapy marzeń. Najmocniej dopingowały mnie moje dzieci. Napisałam wniosek. Czekałam tylko by ogłosili nabór bo za chwilę rozwiązanie i nie zdążę go sama złożyć.

Urodziłam. HURRRA! Przeszedł! EUREA! To znak! Ale entuzjazm szybko miną przyszły kolejne kryzysy. To Miejsce, ach dlaczego z nim są takie problemy, przecież to musi być tam! Każdy problem można rozwiązać, trzeba pytać – właśnie Agata przed chwilą napisała – pytaj, nie bój się pytać! Pytałam więc, szukałam i szłam dalej. Mój mały szkrab szedł ze mną, we dwie raźniej i świat jakiś taki bardziej dla nas otwarty. Mijały tygodnie przynosząc kolejne kłody pod nogi, aż wymyśliłam sobie własne motto „Kłody z pod nóg zamieniam w las”. I zamieniałam. We wszystkich przeciwnościach szukałam dobrych stron i próbowałam zamieniać je w coś pozytywnego a jeśli się nie dało to po prostu czekałam jakie rozwiązanie przyniosą kolejne dni. Przecież wszystko dzieje się po coś. A moje „coś” już tak bardzo dojrzało, jesteśmy już tak blisko. Kolejna weryfikacja wniosku. Źle, wszystko źle – tak odebrałam pismo o uzupełnienia. Dałam sobie kilka dni, znowu zaczęłam pytać szukać, kombinować i … znowu udało się wyciągnąć z tego korzyści!

Planuje, przygotowuje, szukam, czytam, sprawdzam i …czekam ciągle czekam na decyzje co z moim Miejscem. Znowu próbuje mi się wymknąć a ja zbudowała już solidne fundamenty pod to miejsce, tylko ciągle tych ścian nie mogę zacząć stawiać. Jutro, jutro będzie odpowiedź, nie jutro w środę, nie, w piątek.. Uzbrajam się w cierpliwość a wszystkie myśli skupiam na moim Miejsc. Wniosek przejdzie to już wiem ale bez Miejsca nie ruszę. To będzie moja ekoprzestrzeńotwarta jak ktoś ją kiedyś nazwał i tak już została w mojej głowie. Będę tam spotykać się z niesamowitymi ludźmi, częstować ich herbatą i ciastem. Uczyć się od nich tylu ciekawych rzeczy. Moje dzieci będą tam odkrywać świat a może nawet wszechświat i poznawać nowych przyjaciół. A mój najmniejszy szkrab początkowo jeszcze przyklejony do mnie będzie to wszystko robić ze mną. Mój mąż też mam nadzieję znajdzie tam miejsce dla siebie. To wszystko jest już prawie na wyciągnięcie ręki. Jutro, jutro się dowiem. Choć tak naprawdę już wiem, że to Moje Miejsce. Przynajmniej na najbliższy czas, bo później no cóż później pójdziemy dalej. Ja i mój mąż i moje 4 szkraby, a może więcej, któż to wie. To one mobilizują mnie najbardziej. A skoro rzekłam, to tak musi być. Nie ma odwrotu!

Zapraszam w październiku na kawę i ciacho i długie nocne rozmowy!

Ola

(źródło zdjęcia: www.flickr.com)