Proszę nie dzwonić do PETy, w tej historii nie ucierpiał żaden zwierzak, a jedynie marzenia i ambicje kilku sapiensów. To jest opowieść o tym, jak zdecydowałam się odwołać wydarzenie, do którego przygotowywałam się od wielu miesięcy. Chodzi o konkurs o statuetkę Delfina Biznesu oraz galę wręczenia nagród połączoną ze zlotem społeczności Latającej Szkoły.

Jest to też opowieść zakulisowa o meandrach prowadzenia własnego biznesu. O mnie jako kapitanie. I też o oceanie, w którym wszyscy pływamy i czasem próbujemy nie tylko przeżyć, ale coś tworzyć i jak to się mawia “making waves”, czyli robić zamieszanie. I o tym, że w tym oceanie mieszkają różne stwory, w tym też morskie potwory, mątwy i wieloryby, które potrafią nas połknąć jak biblijnego Jonasza i szalone wiry, które nas porywają i wyrzucają potłuczonych na brzeg bezludnej wyspy. Ale po kolei. Uprzedzam, że jest to dość długa historia – jak za dawnych czasów przy ognisku. Polecam lekturę spokojną w pozycji wygodnej oraz obiecuję sporo wrażeń i nagłych zwrotów akcji.

Zacznę może od  idei “delfinów biznesu”. Co roku, w czerwcu prowadzę 5-dniową Darmową Latającą Szkołę, czyli bezpłatny trailer 9 miesięcznej Latającej Szkoły, która jest szkołą biznesu dla ludzi, którzy chcą zarabiać robiąc coś, co ma sens i w co mogą włożyć serce. I dwa lata temu pojawiła się w tej 5-dniowej edycji Joanna Latała i napisała, że tworzy biżuterię dla “smoków, syren i jednorożców”, co jest moim zdaniem pięknym hasłem marki. I jej mityczne zwierzaki tak mi podziałały na wyobraźnię, że zaczęłam wplatać do swych nauk ośmiornice i delfiny. Ośmiornica to osoba, która ma za dużo “macek” i nadmiar talentów i często trwoni swoją życiową energię robiąc za dużo rzeczy na raz (nie robiłam badań, ale na oko 60%-90% społeczności Latającej Szkoły to ośmiornice), a “delfin biznesu” to przeciwieństwo “rekina biznesu”, osoba, która wygląda na grubą rybę, ale jest inteligentnym ssakiem, który zamiast miażdżyć konkurencję, współpracuje, komunikuje się, robi salta i dobrze się przy tym bawi.

Delfiny chwyciły. Do bycia rekinem biznesu nikt w tym środowisku nie aspirował. Natomiast delfiny wszystkim pobudziły wyobraźnię. Każdy nagle chciał zostać delfinem.

 

I od dwóch lat zdarzało mi się o delfinach mówić, używać ich jako przykład, zwracać się do osób obserwujących moje profile na IG lub FB per “hej delfiny”. 

I wtedy zjawiła się Kinga Gołąbek. Kinga jest projektantką z Katowic, na co dzień zajmuje się architekturą, ale małe formy też jej nieobce. I to Kinga wymyśliła statuetkę delfina biznesu. I zaczęła ją szkicować. I luźno rzucona idea zaczęła nabierać rumieńców i się materializować.

Jest sporo konkursów dla biznesów i można wygrać różne statuetki i tytuły, ale nie ma konkursu, który traktuje samą ideę rywalizacji, konkurowania i nagradzania się z czułym przymrużeniem oka. Który mówi tak, wow, jesteś wybitny i masz talent, co widać na kilometr i dostaniesz statuetkę, ale jednocześnie zakłada, że wszyscy jesteśmy – przez sam fakt istnienia i oddychania  – kosmicznym cudem. I że można konkurować, ale warto nie zapominać, że od trofeów ważniejsza jest sama rozkosz robienia czegoś wspólnie, razem i dla siebie wzajemnie. No i nie ma też konkursu, który by miał nieco inaczej uplecione sito – przez które odsiewa się laureatów od nielaureatów, sito nie nastawione ani na skalę, ani na słupki, ani na modne hasztagi, a raczej na ciężko mierzalne jakości związane z osobowością, charyzmą, innowacją niekoniecznie technologiczną oraz przecieraniem nowych szlaków. 

Uważam, ba ja widzę – ile jest dookoła osób, które robią piekielnie trudne i niebiańsko piękne rzeczy. Na przykład studio Dinksy stworzyło Otwarte Karty – narzędzie do komunikacji w zespołach. Albo Ela i Danka, które stworzyły grę Mi Ja My się Junior poprawiającą komunikację w rodzinie, albo Ania, która projektuje niesamowite drewniane zabawki edukacyjne, albo Marzena, która uczy dzieciaki projektowania, albo Ania, która projektuje nieplace zabaw, albo Ela, która stworzyła portal naturalnabogini.pl – portal sprzedażowy dla twórców naturalnych kosmetyków i rozwojowych wydarzeń. Albo Ania, która stworzyła Akademię Ekologii Głębokiej, innowacyjny kurs dla ekologicznych aktywistów. Albo ludzie, którzy stworzyli Musicon. Dlaczego jeszcze w każdej szkole nie ma Musiconu? Mogłabym tak pół nocy wymieniać. 

Idea takiego konkurs po prostu dobrze pachniała, a ja częściej w moich decyzjach biznesowych kieruje się węchem, niż rozumem.

Kieruję się też zasadą, że jak w jakimś pomyśle jest dobra proporcja fiksów i fantazji, to należy w to iść. Muszę wpierw wyjaśnić znaczenie słowa “fiks”. Nie mylić z ideą fixe! Jest to słowo z mojego prywatnego, intymnego słownika, nie spotkałam się jeszcze z tym, żeby go ktoś w tym znaczeniu używał. Otóż oznacza ono naprawę. Coś się wydarzyło, miało być pięknie, a się złamało, porwało lub ucięło. I czasem nadlatuje okazja, nie żeby polecieć w przeszłość i zmienić bieg zdarzeń, ale żeby zrobić coś, co trochę inaczej koduje przeszłość w naszej pamięci. Mleko się rozlało, nie przelejesz go do butelki, ale na przykład możesz zwołać kilka głodnych kotów i dać im się napić. Coś się zdarzyło dawno temu, jest kwas, ale pojawia się opcja, żeby go rozpuścić. Myślę, że czynność “fiksowania” nie jest wcale aż tak abstrakcyjna i nie tylko ja ją zauważam, po prostu nie ma na nią słowa powszechnie używanego.

Pierwszy fiks był taki, że już raz robiłam event w Gdyni w 2018 i został mi po nim osad na dnie duszy. Bo nie udało się nam wzbić na takie wyżyny na których się dzieje magia połączenia, tak jak to się zawsze do tej pory udawało, w 2017, 2016 i 2015 w Krakowie, po drugiej stronie Wawelu w muzeum wyśnionym przez Andrzeja Wajdę i przesiąkniętym japońskim duchem. Gdynia, z nowoczesnym “parkiem” nie przypominającym lasu deszczowego, o którym pisali Hwang i Horowitz, że jest niezbędnym warunkiem innowacji (The Rainforest: The Secret to Building the Next Silicon Valley) – jest trudnym miejscem do wzlotu. Żywioły nie współpracują z latającymi zespołami tak radośnie jak w Krakowie. Uwaga – to jest moja subiektywna ocena – a nie urbanistyczna analiza porównawcza. Ale mam w sobie dużo przekory i uważam, że nawet na pustyni można zbudować pop-up oazę. I wydawało mi się, że po dwóch latach, w których nabrałam krzepy, nabrałam wprawy w zamianie dyni na karoce, jestem gotowa na ponowne spotkanie z duchem miasta, które powstało “z morza i marzeń”, a dziś jest kulturalno-społeczną pustynią z dobrym PRem.

Drugi fiks dotyczył tego, że dostałam kosza. Gdyńskie TEDxowe jury nie przyjęło mojej kandydatury. Zgłosiłam się jako prelegentka, bo miałam – wydawało mi się, o naiwności! – ideę godną wyspredowania. Moja idea została potraktowana wielce podejrzliwie. Chciałam mówić o tym, że następna wielka fala ludzkiej innowacji nie będzie technologiczna, tylko społeczna. Bo nie zmieścimy się wszyscy do statku kosmicznego Elona Muska lecącego na Marsa. I jesteśmy w momencie w którym od wymyślenia lepszej wersji Siri ważniejszy jest skok kwantowy w kierunku tego, żebyśmy się nauczyli lepiej ze sobą komunikować, współpracować i efektywnej transformować konflikty. I że kolejna Dolina Krzemowa może powstać wszędzie – nawet w Gdyni, bo technologia, jaka jest potrzebna przy tej innowacji to sprawny system nerwowy, a nie fabryki z Shenzhen. Zostałam zapytana skąd taki pomysł i czy czytam Natalię Hatalską.  

Przyjęłam odmowę z żalem, bo rzadko się zgłaszam do czegoś i rzadko mi na czymś zależy, a na tym mi zależało i wydaje mi się, że potrafię ocenić, czy jakaś myśl jest innowacyjna, czy jest kozą wyciągniętą z amerykańskiego nosa i przetłumaczoną na nasze.  Ale odpuściłam. Przeszły mi przez głowę trzy myśli z gatunku “ale z was gdyńskie cepy”, a potem całkowicie wyparowały, robiąc miejsce poczuciu, że wszystko jest tak jak ma być i nie mi oceniać cokolwiek i że naprawdę niewiele wiem i trzeba posprzątać kuchnię.

Ale zrobienie społecznie innowacyjnego eventu w miejscu do którego mnie nie wpuszczono byłoby fiksem, nawet jeśli tylko w mojej własnej głowie, ponieważ dawno temu odpuściłam sobie udowadnianie komukolwiek, że jestem spoko i mam świeże bułeczki w koszyczku.

Trzeci fiks dotyczy Gabi. Gabi zaczęła latem pisać do mnie, czy nie robię czegoś przypadkiem, bo ona by chętnie zrobiła fiks. Gabi Ganczarska śpiewa. I chciała coś ponownie zaśpiewać. Zaprosiłam ją już raz, żeby zaśpiewała. W 2017 roku. I wyszło dobrze, chociaż nie do końca takie wysokie C osiągnęłyśmy, na jakie liczyłyśmy. Jak zwykle – przez splot okoliczności. O to chodzi w tych fiksach. Człowiek coś chce. Potem pojawia się splot okoliczności. Annuszka rozlewa olej. Coś się dzieje. I nie jest tak, jak się chciało, piłka nie wlatuje do kosza. I pojawia się pokora. Że nie zawsze moja wola. A czasem udaje się później zrobić fiks. I sama wola fiksu ma w sobie coś – dla mnie przynajmniej – świętego, czego nie należy olewać i mówić “ach nie ma sprawy”, bo to nie do końca tylko nasza sprawa, że ktoś chce zrobić fiks.

Może kilka słów o tym, po co muzyka. Gdyby dajmy na to, ktoś z mojego zlotowego teamu był siostrą Natalii Przybysz i powiedział mi – a może zrobimy koncert na Natalii Przybysz na koniec gali, załatwię to – to ja bym powiedziała “yyy, ale po co?”. Bo uważam, że jak ktoś chce, to przecież może pójść na koncert Natalii Przybysz i nie trzeba energii zlotowej do tego angażować. I nie jest moim zamysłem podpinać się pod coś już istniejącego, znanego i “prestiżowego”. Z Gabi to co innego. Gabi śpiewa, owszem, ale robi coś więcej i robi to bardziej znienacka. Byłyśmy razem w Moskwie. Dawno temu. Byłyśmy na festiwalu u stóp Uralu. Gabi była na wokalu. Ja dołączyłam do zespołu jako VJka, czyli osoba, która miksuje na żywo video w tle. I Gabi potrafiła wejść do klubu, w którym techniczni na widok zespołu złożonego tylko z kobiet, mówili, “acha, tu są instrumenty, a gdzie są muzycy?” Gabi potrafiła prychnąć, wejść na scenę, umieszczoną na antresoli, nad tłumem i rzucić tłumowi w twarz, a raczej wyśpiewać i wykrzyczeć  ich własną syberyjską punk poetkę Yankę Diagilewą, przetłumaczoną mistrzowsko na polski, z taką energią, że cały klub wpadł w miłosny poetycki trans, a techniczni, oczarowani, przynosili mi przez pół nocy napoje do mojej VJ-skiej ni-to-reżyserki i “okazywali szacunek” mówiąc do mnie po rosyjsku o ważnych rzeczach, z czego rozumiałam mniej więcej jedną dziesiątą, czyli niewiele.

Oprócz tego Gabi jest kosmetyczką i ma własną firmę. Można się do niej umówić na makijaże weselne, na paznokcie i na mikrodermabrazję. I do duetu chciałam zaprosić Żanetę Seweryn, która też była z nami w Rosji. Żaneta gra na garach w punkowych i rockowych kapelach, a na co dzień gra w Operze Krakowskiej, jako członkini orkiestry. I obie są bardzo utalentowane i bardzo pracowite. I aż chce się je postawić na scenie i powiedzieć, nic nie mówiąc – zobaczcie – możemy być o wiele bardziej pojemni i wielowymiarowi, niż się zdaje. Bo każdy z nas jest bardziej pojemny i wielowymiarowy, niż pokazuje. Tylko potrzebuje dużo zielonych świateł, których mu świat zbyt często nie daje. I tak jak właśnie szyję “transformacyjne eventy” – buduję je łącząc ze sobą ludzi i jakości, a unikając sloganów i metod przywiezionych zza oceanu.

Ale! Miało być jeszcze zaoceaniczne kakao.

Jak już robić galę rozdania nagród, to jednak jest pokusa, żeby sięgnąć po amerykańskie klisze. I jak już robić galę, to pobawić się nawiązaniami do Oskarów. Tak się składa – tak, wiem, że to dość wyjątkowa sytuacja – że mój kolega z klasy, z ogólniaka, był nominowany do Oskara. Może o nim słyszałaś/eś, może nie, nie wiem jak dużym echem to rozeszło się po Polsce, ale zazwyczaj takie historie się rozdmuchuje. Otóż Tomek był nominowany, poleciał z żoną do Los Angeles i Oskara nie dostał. Ale doniósł, że jak się nie dostaje Oskara, to się dostaje … czekoladowego Oskara. Oraz oskarowe prezerwatywy. Ale to już słyszałam od innego kolegi z liceum i za tą informację nie ręczę. Wspominam o nich tylko dlatego, że inna koleżanka z liceum przypomniała mi, że Bridget Jones zaszła w ciążę, ponieważ użyła prezerwatywy ekologicznej, przyjaznej delfinom. Proszę zobaczyć, jak bardzo te delfiny są wszędobylskie i obecne w popkulturze. Za informację o czekoladowym Oskarze ręczę, ponieważ Tomek powiedział mi, że Oskar ma 10 centymetrów i że go nie zjedli, tylko zachowali na pamiątkę.

A co gdyby, pomyślałam, zrobić statuetki delfinów z czekolady? Jak te niedoszłe Oskary? To sprawia, że jeśli się delfina zje, to się go ma i nie. Paradoks ucieleśniony! Biznesowy kot Schroedingera! Idealnie! To oddaje mój głęboki stosunek do idei rozdawania nagród. 

I zaraz potem poznałam ludzi, którzy jako napójbogów.pl sprowadzają do Polski kakao z Ameryki Południowej, konkretnie z Kolumbii, konkretnie z gór Sierra Nevada de la Marta, konkretnie do plemienia Arhuaca.  I jest to kakao ceremonialne. Czyli kakao nie tylko fair trade, ale kakao traktowane jako święta roślina. Które pije się – przede wszystkim – na specjalne okazje. I to mi się bardzo, bardzo piękne wydało. Bo to kakao jest drogocenne, nawet jeśli jest tańsze niż złoto, to jednak jest substancją niezwykłą. I że jeśli już odlewać z czegoś statuetkę delfina i jeśli już z czekolady, to przecież nie z czekolady kupionej w Żabce. Bo to jednak są sprawy wagi najwyższej, ot paradoks. To nie są – jak niektórzy pytali – nagrody dla beki, czy też beka z konkursów, ach to słowo beka to jakieś przekleństwo jest. Trochę wymagało czasu dotarcie się z ludźmi od kakao i doprecyzowanie pojęć. Czy użyć słowa czekolada? Czy wolno mi powiedzieć, że delfiny będzie można zjeść? Czy raczej wypić? Okazało się, że jeśli chcę robić biznesy z jagóarami biznesu z napójbogów.pl (napisałam jagóar specjalnie przez ó kreskowane, żeby podkreślić, że ta strona ma znaki polskie, to jest w domenach bardzo rzadkie i od niedawna w ogóle dostępne) to muszę – być precyzyjna i uważna.

W zasadzie to jest coś, co jest potrzebne na każdym kroku – precyzja i uważność. 

A potem poszło z górki! W roli gospodyni gali miała wystąpić Aga Kozak, która jak coś zechce, to zawsze to zrobi – na przykład jako pierwsza przeprowadziła wywiad z Brene Brown dla Wysokich Obcasów. Poza tym Aga jest zmysłową ośmiornicą z talentem do doprowadzania tłumów do łez – ze wzruszenia i ze śmiechu. W roli supportu wołającego “and the winner and the winner” miała wystąpić Aga Patoka, lokalna sportsmenka z zacięciem do stand upu i lookiem hollywoodzkiej gwiazdy. A na żywo miksować podkład muzyczny miała DJ Praktyczna Pani, mistrzyni Polski i prawie świata w DJingu, która już raz na zlocie w Gdyni zagrała. I przyjechała do Gdyni z nogą w gipsie. Przepraszam, ale jak Ty prowadziłaś samochód z tą nogą w gipsie?  – spytałam. Ach – mam automatyczną skrzynię biegów, odparła Praktyczna.

No i miała być Strefa Bezinstagrama na gali. W imię wyprzedzania wszystkich trendów o krok (trendy eventowe są takie, że wszystko MUSI być instagramowalne) chciałam napisać wielkimi złotymi literami “twórcom Instagrama dziękujemy” na wejściu. A tak naprawdę wcale nie w imię wyprzedzania czegokolwiek, tylko z prostego rozpoznania, że jest ryzyko, że jak się ludziom pokaże rzeczy niezwykle piękne, to wszyscy zamiast wpaść w zachwyt mogą sięgnąć po telefony. I że jak telefony pójdą w ruch, to ludzie się będą czuli – słusznie – filmowani i uwieczniani. I wtedy jest ryzyko, że nie wyjmą sobie kijów z tyłków, jak będą obserwowani czujnymi instagramowymi oczami. 

A zamysł był taki, żeby zrobić galę roztańczoną, rozbawioną do łez, do lekkiego bólu przepony, wzruszoną, poruszoną i jednocześnie bardzo swojską i przyjazną, ale bez kiełbasy swojskiej. 

Miało być jednak oskarowo. Czyli w konkursie wyłonionych zostaje 3 finalistów w 10 kategoriach i do końca nie wiadomo who the winner who the winner. I zostaje to ogłoszone dopiero na gali. Jest napięcie i niespodzianka. I Snoop Dogg lecący z ekranu, pokazujący jak należy dziękować za otrzymaną nagrodę.

I absolutnie gwiazdorskie jury. Mój przepis na jury został uznany w najbliższym kręgu za ekscentryczny i kontrowersyjny, ponieważ zamiast zaprosić swoje latające koleżanki, postanowiłam zaprosić głównie panów. Milionerów. Biznesmenów. Wizjonerów. I Olę Budzyńską –  Panią Swojego Czasu, bynajmniej nie do towarzystwa, ale jako idealną towarzyszkę szacownego gremium.

Ponieważ Pani Swojego Czasu była w Latającej Szkole, więc jest swojska. A jednocześnie jest jedną z większych rockstars kobiecego biznesu spod znaku “one woman show”, a spółka SA z zarządem. A raczej “one woman show and the gang”, bo Ola twierdzi, że ma gang, znaczy się tak nazywa swój zespół. Plus biznes Oli generuje miliony. Plus znam Olę, co oznacza, że ufam jej unikalnemu połączeniu klasy i poczucia humoru. A to idealnie pasowało i rymowało mi się z całością. No i trzeba było zaprosić Olę do jury w celu uniknięcia sytuacji, że ktoś Ole nominuję i Ola zgarnia WSZYSTKIE delfiny 😉

Ale ku mej wielkiej radości zaproszenie do bycia w jury przyjął też Piotr Voelkel, najbardziej chyba uhonorowany nagrodami i odznaczeniami polski przedsiębiorca, wizjoner, promotor rodzimego designu, znawca sztuki. Założyciel School of Form, Collegium da Vinci, współzałożyciel uniwersytetu SWPS i wielu innych bytów.

To jest takie piękne, jak się widzi te dziesiątki prefiksów “współ” w czyimś oficjalnym bio, bo to mówi o tym, że współpraca nie jest żadnym quid pro quo, nie mylić z quo pro quo, tylko esencją sensownych działań na biznesowym polu. Nikt z nas nie jest bezludną wyspą. 

Narysowałam zatem portrety wszystkich członków jury na landingpage, co podobno wpisało się w trend zapoczątkowany przez włoski Vogue, który cały numer styczniowy zrobił rysowany, oczywiście żartuję, trendy nie są aż tak ważne, jak się powszechnie uważa, przynajmniej przy robieniu Gali Delfinów Biznesu. 

Pozostałych członków jury nie ujawnię, pozwólcie, że zachowam coś w rękawie. I pozwólcie, że nie ujawnię też wszystkich szczegółów nagłego zwrotu akcji, który sprawił, że konkursu i gali nie będzie.

Ale może wyjawię ważną informację zakulisową. Żeby sfinansować taki event i wyjść na zero (bo nie jest to impreza generująca zysk), trzeba ułożyć następujące równanie

Blask i brokat (gala) + Mięso (merytoryka) + Przestrzeń kontaktu i wymiany = dobry produkt

Który jesteśmy w stanie sprzedać w ilości 298 (pojemność sali) minus zaproszeni goście. Czyli, żeby sfinansować galę trzeba dołączyć do niej 2 dni merytorycznego spotkania biznesowego – z okazją do nauki, wymiany, inspiracji. Taki najlepszy możliwy event dla małych biznesów, jakiego tak naprawdę w Polsce nie ma. Bez tych dwóch dni gala potrzebuje wielkiego partnera, który sfinansuje imprezę, a ze mnie taka pantera, że wolę wszystko robić oddolnie, niezależnie i finansować imprezy z biletów

Wymaga to wielkiego wysiłku, ale jest wykonalne.

No dobrze, a teraz wyczekiwany przez wszystkich zwrot akcji. Bo do tej pory wszystko było piękne i przyszłość była jasna, a ja sprawiałam wrażenie osoby, która wie, co robi. Zebrałam zespół, złożony był z kilku kręgów ludzi – posiadał coś w rodzaju rdzenia, złożonego z osób, które miały imprezie poświęcić sporo swojej życiowej energii i oczywiście otrzymać finansową rekompensatę.

Układaliśmy konstrukcję wydarzenia jak wieże z Jengi. Wieża była wysoka i misterna. I kiedy wydawało się, że wszystko stoi, jedna z kluczowych osób zabrała swoje klocki ustawione na samym spodzie. I powiedziała, że idzie do domu. Bo pamiętajmy – jesteśmy w krainie delfinów z czekolady i takie sytuacje są tutaj dozwolone, mimo ukradzionych wspólnie koni i zjedzonych beczek soli.

I ja to już znam. Jak klocki się walą, wtedy się wstaje, podnosi się je i układa od nowa. Można się zebrać i przegrupować. Zdolnych ludzi nie brakuje. Beczkę soli można zjeść w biegu, konia ukraść na próbę. Postawić wszystko na jedną kartę. Bój się i rób. Marzenia są planami z datą wykonania. Mierz siły na zamiary, a nie na odwrót, ziom.

Ale incydent ten bardzo mnie dotknął. Tego samego dnia zajrzałam do kiosku Ruchu. I wzięłam do ręki magazyn Przekrój i pomyślałam tak “otworzę go na chybił trafił i to, co zobaczę będzie wróżbą”. Nie żartuję. Tak pomyślałam, może to głupie i naiwne. Ale otworzyłam Przekrój na artykule o delfinach. Nie żartuję. Artykuł był o tym, że one wyglądają miło i fajnie, ale niezłe z nich dranie. No i był dołączony ten komiks. Przysięgam. Kupiłam sobie ten Przekrój na pamiątkę. Delfin miał rację, w tym wypadku x = – 6

((m(musiałam wyciąć komiks, bo był w niekorzystnym, pionowym układzie)

Za jaką cenę te czekoladowe delfiny wręczane na scenie, za cenę jakiego wysiłku? Bo to wszystko nie dzieje się za sprawą pstryknięcia palców. Zwabienie delfina do wanny to spory wyczyn.  Incydent ten zabrał mnie na kilkudniową wycieczkę do brzucha wieloryba, w którym było ciemno i głucho i mogłam się spotkać sama ze sobą, z żałobą po czekoladowych delfinach i z pytaniem “no dobra, to co teraz i na co cię stać, dziewczyno?” Czy to nie tak, kapitanie, że kierujesz swój wielki statek na lodową skałę i za chwilę zamiast rozdawania oscarów odbędzie się scena podczas której rozbitkowie z Titanica walczą o życie? Zrozumiałam, że zdobywać K2 można tylko wtedy, gdy ma się ze sobą zgrany gang, kiedy jest dobra widoczność, kiedy się ma zapasy i bazy. I też – że tym razem to K2 to wielka, gigantyczna wisienka, na torcie, który jest od wisienki ważniejszy. A tortem w tym wypadku jest stworzenie mojej społeczności okazji do spotkania się i skupienie się nad tym, co jest dla mnie aktualnie najważniejsze – czyli nad moim dopiero co powstającym wydawnictwem.

Leżąc w brzuchu wieloryba przypomniałam sobie o mądrości rdzennych mieszkańców Australii, która mówi o tym, że jest czas na śnienie, czas na działanie i czas na świętowanie, które jest też regeneracją. Dwa pierwsze etapy opanowałam, z trzecim się wciąż zaprzyjaźniam. I z tego zaprzyjaźniania się wyłania się nowa wizja, skromna i skrojona na miarę aktualnych możliwości. 

Nie jest jeszcze na tyle skrystalizowana, żeby ją ogłaszać światu. Chciałabym, żeby to był miś na miarę naszych możliwości. Spotkanie społeczności. Kręgi na plaży. Okazja do spotkania dla absolwentów, pilotek Latających Kręgów, edukatorów. I oczywiście wieczorne party z tańcami, bo jak DJ Praktyczna Pani zabukowała sobie dla nas termin, to nie ma żartów – impreza taneczna musi być.

Niebawem ogłosimy więcej szczegółów. Trzymajcie rękę na pulsie. A ponieważ przez pół roku zbierałam głosy i prowadziłam rozmowy o tym jak powinna wyglądać “konferencja biznesowa naszych marzeń” i mam bardzo dużo przemyśleń i wniosków, to jak ktoś przyjedzie do Gdańska i  mnie zaprosi na dobrą kolację to ja się chętnie podzielę pomysłami i rozrysuję wszystko na serwetkach. Bo taka konferencja jest potrzebna. Tylko nie zrobię jej ja.