Od czasu do czasu warto zrobić coś niecodziennego, chociażby dla higieny psychicznej. Stąd ów wpis wakacyjny i inny niż reszta. O kosmetykach, urodzie i pielęgnacji. Danielle Laporte zrobiła kiedyś taką wakacyjną serię wpisów. Na przykład o tatuażach. Wtedy uważałam, że tatuaż, to coś, czego na pewno nigdy sobie nie zrobię. Ale przeczytałam z ciekawością. Dziś mam jeden tatuaż prawdziwy na lewej ręce, dwa srebrne, naklejane na prawej (hej, są wakacje!) i dzielę się poradami urodowymi.

Bo biznesy biznesami, ale każda kobieta lubi ładnie wyglądać. Oczywiście piszę słowo „ładnie” z dużą rezerwą.

Wierzę w moc piękna. Nie ma nic złego w chęci bycia pięknym i podobania się. Mężczyznom czy kobietom.

Jednocześnie tzw. „beauty terror”, krytykowany przez feministyczne badaczki kultury nie jest mitem. Jest faktem, nakręcającym gospodarkę. Opiera się na lęku i poczuciu, że nie jesteś wystraczająco piękna i musisz wydać przynajmniej 799 zł miesięcznie na produkty, które są obietnicą zmiany. Zmiany tego poczucia. Ale hmm…, lepiej by było gdybyś go nigdy nie traciła. Lepiej dla rynku. Plus oczywiście są pewne standarty, które mówią co jest ładne, a co nie. Każdy ma je dość dobrze uwewnętrznione (wierzę w to, że częściowo oparte są one na bardzo głębokich wzorach atrakcyjności seksualnej związanej z wzorami dotyczącymi przetrwania jako gatunek i że nie da się ich „wymazać” żadnym równościowym zarządzeniem).

Obserwuję od lat chorobę na którą choruje większość kobiet którą znam, a zwie się ona – nadmiernie krytyczne podejście do własnego wyglądu albo do wyglądu innych kobiet. Bo tak się składa, że niektóre kobiety, które głośno mówią o tym jakie są piękne i jak bardzo się sobie i światu podobają, często nie szczędzą ostrych słów pod kątem innych kobiet.

Ta choroba nie ma nazwy. Mogłabym ją w sumie nazwać Zespół Dutkowskiej. Tak jak jest Zespół Aspergera. Od nazwiska odkrywcy. Ale chyba wolałabym, aby wyrażenie “zespół Dutkowskiej” kojarzyło się ludziom z czymś weselszym…

Sama byłam przez wiele lat idealnym przypadkiem osoby cierpiącej na ów zespół, można by na mnie studentów szkolić. I do dziś miewam tzw. nawroty i przerzuty. Ale jestem na dobrej drodze rekonwalescencji.

Oto  moich 10 inspiracji czy też porad urodowo-kosmetycznych

1. Przyjemność Uber Alles

Jako dwunastolatka znalazłam na półce u babci książkę „Bądź zawsze piękną”. Książka była wydana w 1958 roku i  „trąciła myszką”. Ale z dnia na dzień książka ta stała się moją biblią. Weszłam w świat przepisów na to, jak zachować młodość i urodę i postanowiłam, że do wezmę sobie te wszystkie rady do serca, dzięki czemu w przeciwieństwie do innych kobiet nie zestarzeję się i będę zawsze wyglądała nieziemsko.

Ciężko mi było zastosować to, co było tam opisane. Rady o masowaniu piersi, aby nie opadały, uwagi o trwałych ondulacjach i przepisy jak farbować henną brwi były wszystkie „na przyszłość”. Ja co najwyżej mogłam sobie zrobić maseczkę z żółtka.

Byłam wówczas w tzw. grupie ryzyka jeśli chodzi o chorobę nadmiernego autokrytycyzmu. Niepewna siebie, nieco zastraszona, nieśmiała nastolatka. Jako dwunastolatka „czułam kosmetycznego bluesa”, jak nigdy później. Gdyby istniał internet, być może zostałabym kosmetyczną vlogerką. A ponieważ nie było internetu, tylko magnetofony, zaczęłam kupować kasety z muzyką punkową i grunge i na pewien czas przestałam się interesować kosmetykami.

Później miałam różne fazy, ale raczej nie wstąpiłam nigdy na ścieżkę przesadnej dbałości o wygląd. Ale ponieważ mam bardzo wrażliwą, alergiczną skórę, nie mogłam ograniczać pielęgnacji do duetu „mydło + najtańszy krem” i ponieważ nie mam urody Moniki Belucci, zainteresowałam się sztuką makijażu, w nadziei, że a nuż jest ona furtką do tego, aby wyglądać lepiej, niż w wersji “saute”.

Dziś moje podejście jest takie.

Na każdym kosmetyku napisana jest litania obietnic.

Są to obietnice bez pokrycia.

Mam cienkie włosy, skórę która łatwo się wysusza, naczynkową cerę.

Nie ważne co w siebie wsmaruję, tak już zostanie. Oczywiście może wyglądać lepiej lub gorzej, ale to nie są radykalne różnice. I dlatego najlepiej sie skupić na czymś co radykalnie zmienia zasady gry.

NA PRZYJEMNOŚCI.

Dziś wszystkie moje zabiegi kosmetyczne skupione są wokół idei przyjemności. Bardzo lubię precyzję czarnych kresek rysowanych cienkim pędzlem nad okiem. Obserwowanie przemiany wyglądu skóry, na którą nakłada się aksamitny podkład i którą oprusza się mineralnym pudrem. Szorstkość rękawicy do kąpieli i zapach spienionego na niej mydła.

Postanowiłam – przyjemność będzie osią wszystkich moich kosmetycznych zabiegów i działań. Jeżeli mam je robić z obowiązku, poczucia nieadekwatności, autoagresywnej niechęci do siebie samej, to lepiej wyjść z domu i przebiec się po lesie … albo poczytać jakąś mądrą książkę.

2. Jakość, a nie ilość.

Pozbyłam się ostatnio wszystkich zbędnych kosmetyków z szafek. Mam listę rzeczy, których naprawdę używam i nic ponad to. Zero pokus w Rossmanie. Rezygnacja z kosmetyków tanich, ale też bylejakich, na rzecz kosmetyków drogich i bardzo tanich (patrz punkt 8). Zainspirowała mnie też Bożena Społowicz, która jest skin coachem, odpisując na mój mail, w którym pytałam o niedrogi produkt znanej polskiej marki. Pięknie opakowany i wyjątkowo poetycko opisany na opakowaniu. Bożena sprowadziła mnie na ziemię. Za mało substancji odżywczych. Zbyt ubogi. To trochę tak, jakby się smarować majonezem, pomyślałam i postanowiłam go więcej nie kupować.

3. Profesjonalne pędzle

20150707_183004[1]

W 2002 roku postanowiłam zostać profesjonalną makijażystką. To były inne czasy. Internet raczkował, nie było vlogerek urodowych, komórek z aparatami, Instagramów, w ogóle kosmetyki były inne, wszystko było inne. Poszłam na roczny kurs wizażu. Patrząc wstecz, nie nauczyłam się zbyt wiele. Tyle, ile można przeczytać w dziale urody Twojego Stylu. Umiem pomalować opadające powieki, ale sama takich nie mam. Od biedy mogę komuś wymodelować policzki pudrem. Być może nie nadawałam się do tej profesji. Dostałam dyplom ukończenia szkoły z oceną 4 i jest to najniższa ocena na wszystkich moich dyplomach.

ALE.  Został mi z tamtych czasów zestaw pędzli (tzn. jeden pędzel jest z tamtych czasów), reszta to nowe nabytki… I wydaje mi się, że takie pędzle to jednak fajna sprawa. Może to też sentyment po późniejszych studiach na ASP (chociaż na moim kierunku częściej w dłoni trzymało się mysz, a nie pędzel).

Jednym słowem – dobrymi pędzlami lepiej się nakłada makijaż, niż palcami. Plus całkiem dobre pędzle z włosia można taniej kupić właśnie w sklepie dla plastyków, niż w Sephorze.

4. Moc regularności i rytuałów

Doszłam do tego, że mam 5 minutową pielęgnacyjną rutynę poranną, nieco dłuższą wieczorną, makijaż zajmuje mi też 5 min i raz w tygodniu, w sobotę albo niedzielę rano też robię zestaw konkretnych czynności. Miss Chaos stała się Miss Kosmos i służy jej to. W mojej aktualnej porannej i wieczornej rutynie ważne miejsce zajmują kremy Synchroline, które dostałam do przetestowania. Testy wypadają na razie bardzo korzystnie. Krem nawilżający nawilża, odżywczy odżywia. Mają dobry skład, lekki zapach, który jest całkiem przyjemny i szczerze mówiąc jestem bardzo wdzięczna osobie z owej firmy, która wpadła na pomysł, żeby mi wysłać ów zestaw. Dermokosmetyki są często droższe niż zwykłe kremy, a apteki bardzo często nie mają próbek. Ja niestety przy ultrawrażliwej skórze nie mogę kupować kremów w ciemno, po opisie…

20150623_103359[1]

5. Zapach jak podpis

Kiedyś byłam prawdziwą perfumomaniaczką. Znałam wszystkie zapachy czołowych marek, regularnie chodziłam je wąchać do perfumerii, pryskałam się a to tym, a to tamtym. Moje największe miłości od 18 roku życia wzwyż to Aqua di Gio Armaniego, Jill Sander Jill, Happy Clinique, Ralph Lauren Romance, Kenzo Jungle, Chanel Mademoiselle, Euphoria Calvina Kleina, J’adore Diora, Rush Gucci.

Nie było mnie stać na wiele rzeczy. Kupowałam często najtańsze jedzenie. Ubierałam się tylko w second handach. Ale na perfumy zawsze udało mi się odłożyć. Ot, co znaczy prawdziwa miłość.

Tak było do 2009 roku. W 2009 roku przepadłam jako potencjalny klient dla rynku perfumiarskiego. Odnalazłam dwa zapachy, które są jak moje dwa podpisy. I w zasadzie jestem im wierna. Pierwszy to Light Blue Dolce Gabbana. Drugi to Narciso Rodriguez For Her. Od tamtej pory nie kupiłam żadnych innych perfum. I nie mam zamiaru. Mam tylko nadzieję, że oba zapachy nie wyjdą z produkcji. Nigdy.

Nie mam ścisłej zasady wg. której bym ich używała. Czasem zdarzy m się spryskać próbką z perfumerii, tak jak zdarza mi się pisać tutaj na tematy nie związane z własnym biznesem. Bardzo rzadko. Znalazłam, nie szukam dalej. Nie czuję potrzeby zmiany. To mi pozwala uwierzyć, że może istnieć coś takiego jak absolutna wierność małżeńska. Znajdujesz, nie opuszczasz. Tylko, że jak widać w moim przypadku, być może musiałaby to być bigamia…

20150707_183112[1]

6. Pomalowane usta robią całą robotę

Moja prababcia Józia mawiała, że kobieta w pewnym wieku nie powinna wychodzić “do ludzi” z niepomalowanymi ustami. Raczej wynikało to z poczucia niekompletności niż idei „przyjemność uber alles”. Z mojego doświadczenia wynika jednak, że:

– Nawet idąc po bułki można mieć pomalowane usta. Od razu człowiek inaczej się czuje.

– Malowanie ust na czerwono dodaje energii. Miałam całą rozmowę na ten temat z Gabrysią Kucą z Kobiecej Siły, która ma właśnie taki swój “signature look” z energetyczną szminką na ustach…

– Pomalowanie ust sprawia że natychmiast ma się plus 100 punktów piękna.

7. Z wszystkich przyjemności najwspanialsze są przyjemności hamamowe

Co oczywiście jest o tyle złe, że w Polsce hamamów jak na lekarstwo. Hamam to północnoafrykańska lub bliskowschodnia łaźnia. Nie ma to jak zimą wygrzewać się na gorącym marmurze, a latem, wyjść z hamamu w środek miejskiego gwaru i mieć poczucie, że oddycha się nie tylko płucami, ale każdą komórką skóry, z której zmyty został cały kurz i całoroczna fatyga. W hamamie oczyszcza się nie tylko ciało, ale i duszę. Poza tym są tam masażystki, które nie tylko uwalniają napięcia z karku i łydek, ale przede wszystkim przeprowadzają zabieg super energetycznego szorowania całego ciała szorstką rękawicą, namydloną specjalnym mydłem. Które obłędnie pachnie i nawet moja skóra wrażliwa i alergiczna, dobrze na nie reaguje… O moich przygodach hamamowych pisałam na przykład tu.

Substytutem hamamowych doznań, którego używam na co dzień, jest rękawica kessa i czarne mydło marokańskie z Mydlarni Świętego Franciszka lub mydło z Aleppo.

8. Z kuchni do łazienki

Nie jestem przekonana, że maseczka ukręcona w kuchni może zastąpić kosmetyk, nad którym siedział sztab fachowców. Myślę, że kosmetologia to dziedzina wiedzy w której robi się odkrycia i która czasem wydaje na świat produkty, które nie tylko “składają obietnice bez pokrycia” i ładnie wyglądają na półce.

Ale wiem też, że istnieje sporo bardzo tanich kosmetyków, które możemy znaleźć w kuchni i z powodzeniem podmienić nimi droższe produkty z drogerii. W moim przypadku są to: olej kokosowy (do włosów i do ciała), spirulina (do robienia maseczek), soda oczyszczona (do oczyszczania skóry raz na jakiś czas) i cukier (do peelingów).

9. Ulubieńcy lipca

Czasem lubię zanurzyć się na jakiś czas w świat, który jest dla mnie egzotyczny. I tak mam z oglądaniem filmików na Youtubie pt. “ulubieńcy miesiąca”. Jest ich tryliard. Mają tryliard wyświetleń. Na filmikach siedzą dziewczyny i przez 30 minut opowiadają o swoich ulubionych kosmetykach w danym miesiącu. Jest to dla mnie antropologicznie fascynujące. Wolę filmiki nieprofesjonalne, bez animowanych czołówek i trochę bez pomysłu. Fascynuje mnie to, że tym kobietom nie szkoda życia na tak głębokie wchodzenie w świat kosmetyków. Czuję u wielu z nich autentyczną fascynację. Rozcierają na nadgarstku dwa cienie, bardzo podobne do siebie, pokazują nadgarstek do kamery, przez 5 minut opowiadają o odcieniach, że ten górny bardziej łososiowy, dolny chłodniejszy… Bajka!

No dobra, ale ja też mam swoich ulubieńców. Czasem warto się podzielić jak się znajdzie coś dobrego w oceanie produktów nijakich.

20150707_182920[1]

Odżywka Joico K-Pak to włosów zniszczonych jest najlepszą odżywką na świecie. Powiedział mi to wiele lat temu mój znajomy, z Vancouver, Eric i ja mu wierzę. Wierzę mu, bo pracuje w hipsterskim fryzjerskim salonie w downtown, jest prawdziwym artystą w swoim fachu, interesuje się buddyzmem, literaturą, chodzi na jogę i robi piękne zdjęcia. Gdybym mieszkała w Kanadzie chciałabym, żeby był moim mężem. Niestety nawet ta odżywka nie zamieni moich włosów we włosy Violetty Villas… Produkt ekskluzywny, tylko w sklepach dla fryzjerów.

Maseczka upiększająca Dermiki faktycznie sprawia, że człowiek wygląda 5 razy lepiej po jej nałożeniu, niż przed. Do dostania w każdym Rossmanie.

Olejek z róży piżmowej jest doskonale wydajny i również sprawia, że smarując nim twarz przez jakiś czas dostrzeżemy różnicę. Nabyć go można w Mydlarni Świętego Franciszka.

10. Urodowe fejki

Czyli sztuczności wszelkie. Nie widzę wielkiej różnicy w malowaniu tuszem rzęs, a doklejaniem sztucznych kępek z włosia w kącikach oczu. Poprawki to poprawki i jestem tolerancyjna wobec różnych pozornie “nienaturalnych” ingerencji we własny wygląd. Większości zabiegów ometkowanych “nienaturalne” bym sobie nie zrobiła, ale nie potępiłabym też kogoś, kto chce sobie w ten sposób poprawić samopoczucie.

Ja z tzw. mniej naturalnych “upiększaczy” przetestowałam jedynie: doplatane włosy (dredloki syntetyczne, nie mylić z dredami), doklejane rzęsy (była kiedyś promocja na Grouponie i się skusiłam) i manicure hybrydowy. Skromniusio.

A podzielić chcę się następującymi doświadczeniami: doplatane włosy są fajne. W kilka godzin można całkowicie zmienić swój look. Nie są ciężkie. Rzadziej się je myje. Są praktyczne. Wcale nie obciążają, ani nie niszczą włosów. Mówię to wam jako osoba, która ma włosy bardzo cienkie i gdyby straciła ich zbyt wiele, to by umarła z rozpaczy. Doskonałe na okres przejściowy, kiedy zapuszczamy włosy i nie podobamy się sobie w przejściowej długości.

Doklejane rzęsy metodą 1:1, jeśli są zrobione dobrze i z umiarem (bo można też zafundować sobie look w stylu piosenkarka z nocnej budy), sprawiają, że wygląda się pięknie i w ogóle nie trzeba się malować. Idealne podczas podróży. Ale… mi ta zabawa mocno zniszczyła rzęsy. Mam wrażenie, że nigdy nie wróciły do stanu “przed”, mimo iż minęło wiele czasu. Płakałam, żałowałam, nie polecam.

Manicure i pedicure hybrydowy niszczą płytkę paznokcia, twierdzi moja mama. Owszem, trochę niszczą, ale nie są to nieodwracalne zniszczenia. A paznokcie wyglądają przepięknie. Lakier nie odpryskuje (nawet najdroższe lakiery odpryskują po 3 dniach …) i można myśleć o biznesie, a nie o paznokciach.

Swoją drogą, wiedziałaś, że najwięcej dotacji unijnych dla nowych firm zostało przeznaczonych na studia pielęgnacji paznokci i przyklejania tipsów?