Autorka: Anka Cyganka, foto: Małgo Grygierczyk

Kurz w Kawiarni Naukowej w Krakowie na pewno już opadł, ale emocje, nie tylko moje, jeszcze nie. Być może to z przedawkowania, ponieważ to były najbardziej intensywne muzycznie 4 dni w moim życiu, ale ja jeszcze śnię… i wiem, że nic już nie będzie takie samo.

Pierwszych raz o rockowych obozach usłyszałam w styczniu, na Zlocie Latającej Szkoły, kiedy Ewa Langer weszła na scenę i zapowiedziała Karioka Girls Rock Camp, czyli obóz rockowy dla nastolatek. Pomyślałam sobie – jakież to fantastyczne! A jednocześnie poczułam mocne ukłucie, że to najlepszy dowód na to, że to już za późno, żeby zacząć się uczyć grać na basie, chociaż od kilku lat miałam takie marzenie na swojej liście.
Miałam i go nie realizowałam. Ze strachu i wstydu, oczywiście. Bo co się stanie, jeśli okaże się, że jednak prawdą jest, że nie masz słuchu, nie czujesz rytmu itp? Wygłupisz się.
Jednak, kiedy pokazało się ogłoszenie, też chyba u Agaty, że będzie obóz dla starych dziewczyn, nie wahałam się ani chwili. Napisane było, że też dla dziewczyn, które nigdy nie trzymały instrumentu w dłoniach… Wysłałam zgłoszenie. Dostałam się i… oszalałam.
Przez ostatni tydzień przed obozem, w zasadzie nie myślałam już o niczym innym. A! No i jeszcze o tym, czy to będzie wielka siara, jak poproszę Sylwię Chutnik o selfie 😉
To co się działo już po moim dotarciu na miejsce prób jest tak trudne do opisania, że nie wiem, naprawdę nie wiem, jak to zrobić. Kiedy ktoś mnie pyta, jak było, potrafię z siebie wyrzucić tylko “zajebiście”, bo zatyka mnie za każdym razem, kiedy próbuję ten czas jakoś podsumować, określić. Ale spróbuję.
Próba pierwsza:
Naprawdę nie miałam takiego poczucia, że wkroczyłam w jakiś nowy, magiczny świat. Być może dlatego, że od kilku tygodni funkcjonowała już grupa na fejsbóku, na której bardzo minimalnie, ale mogłyśmy już się jakoś poznać. Poza tym, plan był tak napięty, że nie było czasu na krygowanie się, docieranie godzinami. Raz, raz! Przedstawiłyśmy się w kółeczku, trochę poskakałyśmy i odbyłyśmy kilka szybkich randek dzięki Agacie Bargiel i do roboty!
I zaczęły się czary. W każdej sali, z każdej z nas zaczęła wychodzić na świat diva. Okazało się, że dziewczyna, która nie umie głośno mówić potrafi za to cudnie i naprawdę donośnie śpiewać, że perkusistki, które pierwszy raz usiadły do instrumentu łamią pałeczki. U gitarzystek działy się takie cuda, że jedna dziewczyna przeniosła się tam z wokalu. A basistki, a wśród nich ja, w ciągu pierwszej 1,5 godziny zajęć mają już autorski numer. Nasza “facetka”, tak… nie mogłyśmy sobie darować podstawówkowej nomenklatury…
Nasza facetka od basu Małgosia “Tekla” Tekiel okazała się tak świetną nauczycielką, że z naszej grupy powstał osobny zespół! Międzymiastowa Orkiestra Basowa – jedyna formacja na świecie, która składa się z pięciu gitar basowych! www.facebook.com/miedzymiastowa
Próba druga:
Można sobie pomyśleć, że 16 totalnie różnych, niepowtarzalnych uczestniczek, 4 nauczycielki, 3 asystentki i 2 organizatorki to tak powalająca mieszanka estrogenu i progesteronu, że to wszystko musiało wybuchnąć. I wybuchnęło! Każda z nas na scenie, podczas finałowego koncertu dała z siebie totalnie wszystko, każda z nas była osobnym fajerwerkiem, który złożył się na pokaz totalny.
Ale w naszych salach prób, czy wieczorami na zajęciach pozalekcyjnych, byłyśmy po prostu fajnymi dziewczynami, które są ze sobą i ładują się od siebie nawzajem.
Może trudno w to uwierzyć, ale pomimo tego, że kiedy już podzieliłyśmy się na kapele, biegałyśmy od sali do sali z tekstami “e… łe… a my już mamy całą płytę”, to naprawdę nie było tam żadnej rywalizacji, żadnej zawiści, żadnej złej emocji. Bo każda z nas tam przyjechała dla siebie, wyciągnąć z tego jak najwięcej, a nie po to, żeby stawać w jakieś szranki. I chociaż, przyznaję, było mi smutno, jak musiałam się rozstać z moją “facetką od basu”, to za chwilę opadała mi szczęka na te cuda, które robiła z instrumentami Żaneta Seweryn, multiinstrumentalistka, chociaż formalnie “pani od perkusji”. I jestem dzisiaj wdzięczna, że z nią też mogłam pracować. To, naprawdę dało mi dużo pewności siebie. Nawet nie wiem, czy nie za dużo… 😉
Próba trzecia:
Facetki były, wszystkie, bardzo solidnymi filarami! Pomocne w każdej minucie, cierpliwe, łagodne i wspierające. Chociaż, oczywiście, postrzelone, jak to artystki 😉
Gdyby tylko takie osoby uczyły nasze dzieci, bylibyśmy narodem noblistów, wiekopomnych artystów i przede wszystkim pewnych siebie, pełnych wyrozumiałości i empatii ludzi.
To Amina, Małgosia, Agata i Żaneta pompowały w nas najwięcej. Po dwóch dniach w salce z Teklą zapomniałam już, że jeszcze przedwczoraj nie umiałam nazwać strun na basie. Trzeciego dnia sama ułożyłam riff basowy do punk rockowego hitu “Lucciole krakowskie” 🙂
Gdybym nie dostała od nich, naszych fecetek takiej dawki pewności siebie, nigdy bym tego nie zrobiła.
Próba czwarta i ostatnia:
Wyszłyśmy na scenę pewne siebie. Po żadnej z dziewczyn nie widziałam chęci ucieczki. Pewnie, że się denerwowałyśmy, to chyba normalne, ale wiedziałyśmy, że przez te 4 dni wykonałyśmy ciężką, wielogodzinną pracę nad naszymi zdolnościami muzycznymi, niektóre z nas też nad sobą.
A poza tym, jeśli na próbach “groźna facetka”, czyli “dyrekcja” Ewa Langer oraz druga sprawczyni zamieszania Małgo Grygierczyk, ciągle przychodzą i się zachwycają, śpiewają z nami itp. To znaczy, że mamy dobre numery, wychodzi nam i możemy iść na scenę.
I poszłyśmy.
Ja stoję na niej nadal.
I już nie chcę schodzić.
Chcę grać na basie.
Upewniłam się, że to inni nie mieli racji, a ja za długo słuchałam innych.
Usłyszałam to: masz talent.
Warto to usłyszeć.
Nawet 25 lat za późno.
Bądźcie Lucciolami!
Anka Cyganka