Czasem, jak z całą powagą polecam komuś prowadzenie newslettera, mam wrażenie, że ludzie patrzą na mnie jakbym chciała ich namówić na zakup telefaxu. Albo próbowała wmówić, że czcionka Comic Sans jest cool. Albo klapki Kubota. Stop! Klapki Kubota ponownie wróciły do łask. Natomiast newslettery, są były i będą marketingowym narzędziem o wielkiej mocy. Będą – dopóki będziemy korzystać z prywatnych skrzynek mailowych.

Nawet jeśli wydaje się, że najlepsza impreza jest na Instagramie, a cocktail party na którym warto być, na LinkedInie. A newsletter? Kto to czyta? Nikt! Nikt nie czyta, nikt nie otwiera i nie ma tematu.

Natomiast ja zbudowałam swój biznes głównie poprzez pisanie newsletterów. Wpierw – co wtorek. Później w (prawie) każdą sobotę. Dzięki newsletterom miejsca w Latającej Szkole sprzedają się na pniu. Dzięki newsletterom zarabiam. Nie muszę szaleć w social mediach, ani wyskakiwać nikomu z lodówki.

Newsletter może być nawet pomysłem na biznes, jak na przykład Girls Night In, newsletter założony przez Alishę Ramos , wokół idei osiędbania i nie-imprezowania w piątkowe wieczory. Trafia do 150.000 czytelniczek, ma otwieralność na poziomie 50% i dzięki współpracy z wybranymi markami z branży wellness, generuje super dochody.

 

Autorski newsletter może stać się tak kultowy, że New York Times zaproponuje nam współpracę, jak w  przypadku dziennikarza Jamelle Bouie – którego newsletter jest aktualnie pisany pod parasolem New York Timesa (Bouie robi w nim coś, co może przydać się każdej osobie piszącej newsletter, która jest przerażona na myśl o tym, że miałaby regularnie pisać coś wartościowego, będzie o tym mowa w nadchodzącym masterclassie, patrz dół strony).

Newsletter może szczególnie pomóc ludziom, którzy oferują produkty z nieco wyższych rejestrów piramidy Maslowa – “rysujący pisarz” Austin Kleon robi to genialnie – jego cotygodniowy newsletter napędza sprzedaż jego książek (jest to jeden z newsletterów, które uwielbiam, podczas masterclassu zdradzę pozostałe).

Dlaczego piszę newslettery i dlaczego Ci to polecam?

Rytm i prawo 7-krotnej ekspozycji

 

Zacznijmy od argumentu, który nie jest super “nieoczywisty”, ale i tak wiele osób o tym zapomina i wpada w lament, ponieważ nie stosuje tej prostej zasady. Klient rzadko kiedy jest gotowy, aby od Ciebie kupić to, co oferujesz, natychmiast.

To, że Twoja informacja mignie mu na Facebooku, czy Instagramie, nie oznacza, że w jego głowie zaszedł magiczny proces, który zamienia obojętne “yyy, a co to” w entuzjastyczne “hell yes”. Wiele badaczy spędziło nad tym zagadnieniem wiele godzin, ponieważ Duże Firmy z Dużymi Budżetami chciały zrozumieć jak mogą być jeszcze Większymi Firmami, a ich prezesi chcieli jeździć jeszcze większymi furami.

Wiemy to. Homo sapiens kupuje, jeśli ufa, że ciężko zarobione dolary, złotówki lub jeny, przyniosą mu korzyści, których pragnie. A to wymaga zbudowania zaufania oraz wymaga czasowej korelacji – pojawienia się impulsu w dogodnym czasie. 

Oczywiście newsletter nie jest jedynym narzędziem, które buduje tego rodzaju zaufanie oraz ekspozycję. Instastories są diablo skuteczne. Jeśli potrafisz ładnie mówić do kamery. Jednak to kontekst skrzynki mailowej tworzy o wiele korzystniejsze warunki do tego, żeby ktoś kliknął w link i dokonał zakupu, niż przewijane palcem filmiki, które nadają się doskonale do zbudowania zaufania i wzmocnienia pragnienia sięgnięcia po to, co oferujesz.

Pojawiając się z wartościowymi treściami, regularnie (tak, rytm ma znaczenie) w skrzynkach mailowych, z obcej osoby zamieniamy się w “ziomka”, kogoś oswojonego i przyjaznego. O ile oczywiście udaje się nam umieścić w naszej korespondencji coś, co nasi czytelnicy uznają za wartościowe informacje, a nie za nudne wynurzenia.

Własny kapitał

 

Własna lista mailingowa, której jesteś administratorem, zgodnie z aktualnymi wytycznymi prawnymi, jest jak osobisty kapitał. Konto na Instagramie, Facebooku, LinkedInie nie tworzy osobistego kapitału – w każdej chwili portale te mogą zmienić zasady działania, algorytmy, a nawet się zamknąć. Jasne, możesz uznać, że równie dobrze można spekulować, że może dojść do kryzysu, w którym przestanie funkcjonować internet i wtedy nawet własna lista mailingowa na nic się nie zda. Ale odkładając na bok scenariusze katastroficzne – jest różnica. Posiadanie 1000 adresów mailowych powierzonych Ci przez osoby, które chcą być z Tobą w kontakcie, to nie to samo, co posiadanie 1000 fanów na Facebooku. Szansa na dotarcie do nich z informacją, z którą chcesz dotrzeć jest nieporównywalnie większa.

Badanie rynku

 

Od kiedy piszę newsletter i mam swoją bazę, mam takie podejście, że nie stać mnie na biznesowe eksperymenty. Większość swoich pomysłów testuję. Jest to dziecinnie proste. Wysyłam ankiety w swoich newsletterach, albo stosuję jeszcze prostsze techniki typu “jeśli jesteś zainteresowana udziałem w XY, odpisz na tego maila jednym słowem “TAK”. Stosuję to tylko, jeśli czuję, że zainteresowanie będzie niewielkie, ponieważ kilkaset maili zwrotnych o treści TAK przyprawiło by mnie o białą gorączkę. Czasem proszę zainteresowane osoby, żeby tylko kliknęły w link, jako wyraz zainteresowania, ponieważ sprytne programy do wysyłki newsletterów potrafią stworzyć z zainteresowanych osób osobną “podgrupę”. Robię coś więcej, oprócz badania “wstępnego zainteresowania”. Pytam o konkretne problemy i potrzeby, dzięki czemu mogę stworzyć ofertę, która będzie miała sens. I szansę na to, że zostanie kupiona. 

Afiliacje

 

Jeśli mamy listę mailingową osób, które są chcą być z nami w kontakcie i udało się nam pozyskać ich zaufanie, jesteśmy idealnym partnerem afiliacyjnym. Oznacza to, że możemy polecać produkty i usługi w zamian za “procent afiliacyjny”. Jestem znana z tego, że polecam różne fajne rzeczy z latającej społeczności nie biorąc za to ani grosza, tylko dlatego, że lubię się dzielić informacjami o ciekawych inicjatywach. Natomiast czasem jestem zapraszana jako partnerka afiliacyjna przez osoby, które chcą zwiększyć swoją sprzedaż, docierając do nowych osób. Robię to tylko jeśli znam twórcę, produkt i naprawdę czuję, że mogę go polecić. Informuję czytelników newslettera, że dany link to link afiliacyjny. Najwięcej ile zarobiłam umieszczając jeden link w mailu, to 4 tysiące złotych. Uważam, że to bardzo atrakcyjna kwota za napisanie jednego zdania.

Jeżeli myślisz, “ok ciekawe, ale o czym mam pisać” albo “rety, co zrobić, żeby mieć regularne pomysły na treści”, to zapraszam na mój masterclass on-line, w którym podzielę się wysokoprocentową wiedzą gromadzoną latami. Dokładny spis treści znajdziesz w opisie wydarzenia. Możesz się też po prostu zapisać na mój newsletter.