Sytuacja miała miejsce w Berkeley w styczniu tego roku. Moja nowa znajoma, blogerka i copywriterka pokazała mi spektakularny przykład bezczelnej kradzieży.

Zakład fryzjerski “Salon Miel” z San Francisco zrobił sesję fotograficzną, na której ufryzowano mężczyzn z długimi włosami po kobiecemu. Autorką sesji była Jessica Saia, a autorką zdjęć Isla Bell Murray. Następnie ktoś inny te fotografie znalazł w internecie, dołożył własne logo (!) i opublikował ponownie, zupełnie zapominając, że internet nie jest kosmiczną czeluścią, w którą można bezkarnie wrzucać ukradzione obrazki i treści, bez obawy, że zostaną one ponownie znalezione przez ich twórcę.

bi-hair_main-mat_082013-4Źródło zdjęcia – TheBoldItalic.com

Twórcy postanowili sięgnąć po dość skuteczną broń, jakiej można użyć w takim wypadku, czyli ironię i upublicznienie. Cała sytuacja została opisana na łamach poczytnego, lokalnego portalu, w dość zjadliwy, ale zabawny sposób, zasugerowano również, że czytelnicy mogą “znaleźć różnicę” między jednymi i drugimi zdjęciami (czyli doklejone logo) i jednym słowem narobiono złodziejom wstydu – publicznie.

Przykład bardzo mi się spodobał i pomyślałam, że idealnie nadaje się na to, żeby Wam go kiedyś zaprezentować. Ale niestety nie zapisałam ani adresu strony, ani żadnego innego słowa – klucza. Dlatego chwilę mi zajęło, zanim wygooglowałam sesję o której mówię. Oto ona. Co ciekawe, nie znalazłam już natomiast artykułu w którym była mowa o kradzieży. Wniosek? Najprawdopodobniej artykuł odniósł pożądany skutek, winowajca usunął materiał, pokajał się, zatem oczerniający go artykuł zniknął z sieci.

Wnioski są takie. Kradzieże zdjęć i innych treści zdarzają się. Nawet w San Francisco. Blogerka, Marlena Wróblewska, pisze o tym, że znajdowała zdjęcia swoich dzieci na Allegro (!) w aukcjach różnych dziecięcych produktów. Niektórzy kopiują teksty, które się im podobają i bez wprowadzania zmian, zamieszczają na swojej stronie www. Wiele płatnych e-kursów można znaleźć na Chomikuj.pl i pobrać je stamtąd za darmo. Manifest Latającej Szkoły w formie graficznej zrobił swojego czasu karierę na Kwejku, ale oczywiście z uciętym dołem, w którym znajdował się odnośnik do mojej strony www. Skoro takie rzeczy mają miejsce, co w takim razie należy robić?

1. Reaguj!

Nie rzucaj się na kanapę z płaczem, że zostałaś krzywdzona przez złych ludzi. Zabezpiecz dowody. Zrób zrzut ekranu, czyli “print screen”. Każda klawiatura ma przycisk z napisem PRINT SCRN, naciśnij go, potem otwórz dowolny program graficzny, np. Paint (jeśli używasz Windowsa, to jest on na pewno zainstalowany u Ciebie), otwórz go, naciśnij przycisk “wklej”, a następnie zachowaj plik.

2. Skontaktuj się!

Daj znać osobie, która “pożyczyła” sobie Twoją własność, że wiesz, co zrobiła. Wezwij ją do natychmiastowego usunięcia treści z sieci. Możesz skorzystać ze wzoru pisma, który udostępniła na swoim blogu Marlena Wróblewska. Możesz zachować się z klasą. A nawet dać winowajcy możliwość “wyjścia z twarzą” z sytuacji. Wszystko zależy oczywiście od kalibru sprawy. To, że ktoś zachowuje się nieetycznie nie oznacza, że powinnaś zniżyć się do jego lub jej poziomu. Ja napisałam do osoby, która pierwsza udostępniła manifest Latającej Szkoły na Kwejku, jak wygląda sytuacja. Oczywiście wykręciła się, że już taki “ucięty” znalazła w sieci. Czego nie da się udowodnić, ani obalić.

3. W przypadku braku odpowiedzi – zapowiedź konsekwencje

Zero reakcji? Złodziej gra Ci na nosie i nie raczy odpowiedzieć? Dobrze wie, jak działa polski wymiar sprawiedliwości i zdaje sobie sprawę, że zanim sąd wyznaczy mu grzywnę za kradzież ładnego opisu produktu z Twojej strony, produkt wyjdzie z mody, a Ty będziesz prababcią? To nie znaczy, że nie powinnaś mu przypomnieć o swoim kolejnym kroku, który zapowiedziałaś zrobić, czyli o skierowaniu sprawy na drogę sądową. Plus możesz sięgnąć po drugą broń, często bardziej skuteczną niż prawo karne. Upublicznienie i nagłośnienie historii w miejscu, w którym może na nią trafić część potencjalnych klientów naszego konkurenta. Czyli na swojej lub zaprzyjaźnionej stronie i w mediach społecznościowych. Reputacja to dziś fundamentalna sprawa. Utrata reputacji jest dla wielu biznesów gorsza, niż zapłacenie kary.

Jeżeli nie masz własnej poczytnej strony www, to możesz zwrócić się do mnie o pomoc. Z chęcią mogę opublikować historię w stylu tej z San Francisco, jeśli będzie dobrze udokumentowana, jako ilustrację złej praktyki. A 30 tysięcy osób, które co miesiąc wchodzi na moją stronę, chętnie o tym poczyta.

4. Odróżnij 2 typy użycia

Odróżnij sytuację w której ktoś zabiera coś, co spodobało mu się na Twojej stronie i a) podszywa się pod bycie autorem, b) w dający się w jasny sposób udowodnić używa Twojego dzieła w sposób przynoszący mu korzyści materialne – umieścił Twoje zdjęcie na kubku i ten kubek sprzedaje, zamienił Twój poradnik w e-kurs itp od sytuacji, w której ktoś użył  Twojego rysunku, zdjęcia, fragmentu tekstu i a) jasno informuje, że jesteś jego autorem b) i/lub linkuje do Twojej strony lub bloga. Prawo nie jest w takim wypadku bardzo precyzyjne i przyjęło się już, że użycie zdjęcia jako ilustracji z jasnym odnośnikiem do źródła jest dozwolone. Natomiast zawsze możemy nie wyrazić na to zgody i poprosić – jako autor – o jego usunięcie.

Ciekawe linki do poczytania:

 Artykuł fotografa Artura Nyka związany z kwestią kradzieży zdjęć

Kampania społeczna blogerki Marleny Wróblewskiej, autorki bloga Makóweczki.pl

Blog o prawie autorskim Roberta Ratajczaka, prawnika

Masz jakiś ciekawy przykład, którym byś się chciała podzielić z innymi? Dawaj!