mojstyl

Chcę ci zaproponować, żebyś usiadła i stworzyła swoją własną definicję sukcesu. Definicję bogato ilustrowaną konkretnymi obrazami, spersonalizowaną, autorską i niepowtarzalną. Taką jak ty. Słowa sukces, samorealizacja, dostatek, obfitość – latają w powietrzu, przechodzą z ust do ust, ale dopóki nie wypełnią się soczystą treścią, mogą być jak wata cukrowa, czyli nie mieć żadnych wartości odżywczych. Albo stać się niebezpieczne i wieść nas na pokuszenie, żeby realizować w życiu cudze scenariusze. Takie jakie pisze dla nas ciocia Basia, portal Pudelek lub magazyn Twój Styl.

A przecież twój styl stworzyć możesz tylko ty.

Szczególnie jeśli chodzi o sukces finansowy,  możemy wpaść w pułapkę porównywania się i związanych z nim zawirowań. Na zajęciach Latającej Szkoły robimy ćwiczenie, podczas którego piszesz na twardej, błyszczącej karteczce o formacie wizytówki, sumę pieniędzy, jaką chciałabyś zarabiać miesięcznie netto. Potem każdy czyta na głos, to co napisał. Osoby, które chciały zarabiać najwięcej i najmniej zawsze chcą się … tłumaczyć. Tak jakby nie miały prawa same decydować, czego naprawdę chcą. Oczywiście tłumaczenie się jest zabronione.

Ja czuję się bardzo spełniona życiowo, zawodowo i finansowo, mimo iż wiele osób patrząc na mój styl życia i stan konta zaśmiałoby się ironicznie i kpiąco. Ba, nawet nie „zaśmiało-by”, tylko „śmieje się”.  Tutaj masz małą próbkę moich definicji, co to – moim zdaniem – znaczy żyć na poziomie. Możesz poczuć, że niektóre rzeczy widzisz podobnie. Albo zupełnie inaczej. I dobrze, przecież to są moje definicje, a ciebie zapraszam do stworzenia swoich.

Nie posiadam samochodu, ani prawa jazdy. Jeżdżę po mieście rowerem. Wielu osobom, które myślą, że „jestem poważną firmą”, nie mieści się to w głowie. Zastanawiam się nad kupnem skutera, ale jestem tchórzem i boję się wypadków drogowych.

Nie posiadam telewizora od ponad 15 lat. Nie mam też ani jednej garsonki w szafie.

Nigdy nie byłam na Wyspach Kanaryjskich, nie nurkuję w Egipcie, ani nie patrzę na ofertę wycieczek „all inclusive”. Wolne chwile spędzam raczej w Kalifornii i w Izraelu, moich dwóch ulubionych miejscach na Ziemi.

Wydaję sporo pieniędzy na masaże, kosmetyki (jestem alergiczką) i perfumy. Moja masażystka ma na imię Lek, pochodzi z Tajlandii i jest lekiem na całe zło. Całe zło, jakie wyrządzam sobie, siedząc przy komputerze i nie robiąc przerw na jogę i podskoki.  Chciałabym móc jeszcze lepiej o siebie dbać i wydawać jeszcze więcej na sprawy związane ze zdrowiem, chociaż wiem, że wiele zabiegów nic nie kosztuje. Jak chociażby 15 minutowy relaks czy seria głębokich oddechów o poranku.

Nie ma to jak wejść do księgarni i kupić książkę, którą się bardzo chce przeczytać. Albo nawet dwie. Zamówić książkę ze Stanów przez Amazon i zapłacić fortunę za przesyłkę. Zjeść śniadanie na mieście. Sięgnąć po oliwę z pestek dyni  z wyższej półki. Gdy to robię, mam poczucie finansowego luzu i ogromnej wdzięczności, że mnie stać.

Nie ma to jak zaadaptować pszczoły, wpłacić kasę na rzecz pomocy dzieciakom z Tybetu, kupić ostatni bukiet róż od babci pod Bagatelą o 21, żeby mogła już iść do domu, bo zimno.

Nie stać mnie aktualnie na wyjazd tej zimy do Tajlandii, ani na sukienkę od Diora, ale mam poczucie, że gdybym naprawdę chciała, to byłoby mnie stać. To samo dotyczy willi z basenem. Dlatego zdanie „nie stać mnie”, nieczęsto gości w moim słowniku.

Żyję w bańce, w niszy, do mojego domu nie ma wstępu mowa nienawiści, w lodówce nie ma mięsa, a głos kościoła reprezentuje tylko ksiądz Boniecki.

Mam dobrych znajomych wśród skłotersów i wśród ludzi obiektywnie baaardzo bogatych. Gdyby mnie zaproszono na imprezę na skłocie i na bankiet, na który trzeba przyjść w garsonce, pewnie wybrałabym to pierwsze. Ale – zależy oczywiście jaki skłot i jaki bankiet.

Jestem analfabetką, jeśli chodzi o marki, z wyjątkiem perfum. Mam wrażenie, że moje życie jest zbyt krótkie, żebym miała sobie zaprzątać umysł wiedzą o markach i prestiżu, który z nich emanuje. Mam jednak szacunek do osób o estetycznie wyrafinowanym guście, dla których marki czasem dużo znaczą, bo znaczą jakość. Takich jak Iza Zięba, absolwentka jesiennej edycji Latającej Szkoły (zerknij na jej bloga jak skończysz czytać ten wpis). Bardzo lubię jednak kupować coś, o czym wiem, że zostało zaprojektowane i wykonane w Polsce. Wspieranie polskich projektantów i rzemieślników uważam za akceptowalną formę nacjonalizmu.

Nie mam dzieci, kredytu, ale nie mam też wspólnego konta z partnerem.

Mam świadomość, że 80% ludzi na ziemi żyje za kilka dolarów dziennie, a ja  – nawet za moich „siedmiu lat chudych studenckich” i tak należałam do elity planetarnych bogaczy, mając dach nad głową, całkiem przyzwoite jedzenie i szeroki dostęp do rozrywek.

Czuję się bogata.

Moją definicję bogactwa pożyczyłam od Basi Pociechy Zdebskiej (oto jej sklep), absolwentki Latającej Szkoły, która powiedziała „być bogatą znaczy, w poczuciu bezpieczeństwa i spokoju, robić swoje”.

podpis-imie

A zatem, jaka jest twoja definicja sukcesu? Co to znaczy dla ciebie, wieść dostatnie życie? W jakim stylu chciałabyś żyć?