(na zdjęciu trzymam w ręku deskorolkę w sklepie Flying Tiger)

Kto mnie zna, ten wie, że Latająca Szkoła uczy, jak zostać delfinem biznesu. Delfin, w przeciwieństwie do rekina nie jest żarłoczny, ani agresywny, ale nie jest też płotką, szprotką, ani pangą. Jest grubą rybą. Mówiąc metaforycznie, bo jak wszyscy wiemy z lekcji biologii, delfiny to ssaki. Są inteligentne, towarzyskie i umieją robić salta.

(Lisa Simpson raczej nie kupi mojej opowieści)

Jedną z wyróżniających cech biznesdelfina jest relacja jaką ma do konkurencji. Przyświeca jej idea, że w oceanie jest miejsce dla każdego, małego i dużego.

 

Ostatnio mignął mi na Facebooku post, że Marcin Osman, wydawca książek, mówca, stworzył swoją kawę. To znaczy żeby nie było wątpliwości – nie zakupił on własnej plantacji kawy w dalekiej Kolumbii, czy pobliskim San Escobar. Zamówił opakowanie i wsypał do niego kawę no-name. Zapewne nie własnoręcznie. O, zupełnie jak Ola Budzyńska, pomyślałam sobie. Zatem może to już trend? Może ktoś jeszcze ma “swoją” kawę, tylko ja o tym nie wiem?

 

Podoba mi się ta historia z kilku powodów. Po pierwsze dlatego, że Osman zapewne wie, że Budzyńska ma swoją kawę (ejże, świat delfinów biznesu jest mały), ale nie pomyślał “to ja już nie mogę”.

 

Nie wiem, czy inspirował się Olą wprost, czy nie i właściwie nie ma to większego znaczenia. Bo Ola nic na tym nie straci. To nie jest tak, że osoby, które kupują jej kawę odejdą i zaczną kupować kawę Osmana. Być może właśnie na naszych oczach, powstaje świecka polska tradycja, żeby nie kupować kawy w Żabce, ale tylko od sieciowych influencerów? Zaczęło się od tego, że wszyscy mają strony, potem przyszły podcasty, a po nich idzie kawa. Gdyby Szafrański zaczął sprzedawać to, “co bierze”, że jest taki produktywny i pracowity, zarobiłby pewnie więcej niż legendarne miliony ze sprzedaży książki “Finansowy ninja”.

 

Śmichy na bok. Zastanówmy się na poważnie nad zaletami tworzenia własnych, obrandowanych produktów fizycznych, nawet jeśli do tej pory sprzedawaliśmy ebooki i kursy on-line. No i odpowiedzmy sobie na palące pytanie, “jeśli nie kawa, to co?”

 

Cała zabawa polega na tym, że nie zamieniamy się nagle z sieciowego eksperta w handlarza kawą i innymi produktami kolonialnymi, ani tym bardziej w sprzedawcę galanterii skórzanej, tylko dajemy naszej społeczności (składającej się z ludzi, którzy nas lubią z jakiegoś bardziej lub mniej znanego powodu) coś, co w dużej mierze nie ma być czarnym koniem biznesplanu na najbliższe lata, co głównie sposobem na wzmocnienie naszej marki.

 

Dlatego wybierzmy raczej coś co jest używane często, a nie od święta. Na przykład  kawa jest lepsza niż anyż. Anyż o taka przyprawa, która potrafi mi się przeterminować, bo rzadko po nią sięgam.

Coś co jest tanie. Kawa lepsza niż szafran (kilo kawy w hurcie kosztuje pewnie coś koło 30 złotych, kilo szafranu 14 tys)

I coś co się łączy sensownie z tym, co robimy. U PSC i Osmana kawa ma sens. Łączy się zarówno z produktywnością, jak i przyjemnością. I z czytaniem i słuchaniem. Sól różowa himalajska jest tania i większość ludzi soli coś codziennie, ale wyobrażacie sobie influencera sprzedającego sól? Bo ja nie. Ale z chęcią dam się zaskoczyć.

 

Zatem, delfinie, jeśli czujesz, że produkty fizyczne, “to jest to”, to możesz zacząć od wejścia na strony firm, które produkują gadżety reklamowe i dać się zainspirować. Albo wejść na strony azjatyckich dostawców wszystkiego. Albo przejść się do sklepu Flying Tiger, w poszukiwaniu inspiracji. W morzu złych pomysłów takich jak trąbki stadionowe, poncza przeciwdeszczowe i nośniki USB (nośnik każdy przyjmie w prezencie, ale mało kto kupi go od ciebie ze strony), znajdziemy perełki.

Designerskie minutniki

Jeżeli zajmujesz się produktywnością i pomagasz ludziom być bardziej efektywnymi w pracy, poprzez np. promowanie “techniki pomodoro”, która polega na nastawianiu minutnika kuchennego (oryginalnie w kształcie pomidora) na konkretny czas pracy, a potem zrobienie sobie przerwy i twoi odbiorcy cię lubią, to jest szansa, że kupią minutnik właśnie od CIEBIE. Mimo, iż każdy ma minutnik wbudowany w swój telefon. Ale jeśli kojarzysz się ludziom z produktywnością, to minutnik “od ciebie” stojący na stole jest dla nich “czymś więcej”, niż zwykłym kuchennym minutnikiem.

Świnki skarbonki

Pasują dla osób, które zajmują się promowaniem oszczędzania i zarządzania swoimi finansami.

Ciuchy

Tutaj oczywiście możliwości są nieograniczone. Kluczowe jest to, na ile twoja marka jest kultowa i na ile jej urok jest zaraźliwy. Na przykład Marcin Osman spokojnie mógłby wypuścić linię swoich muszek, bo znany jest z tego, że zawsze nosi muszki. Do niektórych marek pasować będą skarpety, do innych czapki z daszkiem. Bardzo lubię markę “Majty z Sosnowca”, szczególnie za hasło “świata nie zmienisz, ale majtki mógłbyś” i chętnie przyznałabym jej nagrodę “złotego delfina biznesu”. Może powinnam ustanowić taką nagrodę? Kto mógłby zasiąść w kapitule konkursu? Proszę o zgłoszenia.

Wydaje mi się, że są takie marki, które by mogły mieć własne majtki. Chcę ci pokazać, że możliwości są naprawdę nieograniczone. Możesz mieć swoje magnesy. Kalendarze. Plannery. Torby. Ja bym mogła wypuścić linię własnych wacików kosmetycznych z hasłem “zarabiam nie tylko na waciki, ale te waciki są super”. Byłyby to duże, miękkie, luksusowe waciki. Mogłabym też sprzedawać, na fali zeszłorocznej “Letniej Szkoły Biznesu dla ośmiornic, delfinów i jednorożców” (wzięło w niej udział tysiąc osób!), pierścionki z ośmiornicami. Albo ośmiornicze kolczyki. Albo skarpetki. Chcę ci pokazać, że produkt może być bardzo nieoczywisty, jeśli łączy się z tym, o czym mówisz i piszesz.

Możesz mieć swoje deskorolki. Świece zapachowe. Swoje mieszanki zapachowe w sprayu. Nawet – swoją własną linię perfum jak JLo. Możesz je sprzedawać we flakonach, albo tylko spryskiwać nimi swoje inne produkty. Firma kosmetyczna Ilua spryskuje perfumami ścinki papierowe, którymi wyłożone są pudełka, w których przesyłane są kremy i jest to absolutnie doskonałe. W kilku miastach są perfumerie, w których można stworzyć własny zapach i które tworzą linie zapachowe we współpracy z markami i niekoniecznie musisz być Alior Bankiem, żeby się pokusić o taką kolaborację. Przeczytałam, że ta perfumeria stworzyła zapach do wnętrz Alior Banku. I nie mogę się powstrzymać, żeby kąśliwie nie zauważyć, że w przypadku tego banku, lepszą inwestycją byłoby zaprojektowanie sensownego interfejsu dla bankowości on-line. Byłam przez pół roku klientką Aliora, konto biznes i za każdym razem, kiedy się logowałam i próbowałam cokolwiek załatwić, z moich ust leciały wiązki przekleństw. Anty-delfin biznesu przyznany.

Możesz mieć swoją własną grę memory. Swój plakat. Serię kubków. Serię pocztówek. Swój poetycki koc, jak kosmiczna SARK. Zmywalne tatuaże. Kubeczki menstruacyjne. Albo swoją talię kart do wróżenia i inspiracji. Możesz mieć etui na telefon ze swoim hasłem. Biżuterię, tak jak portal Naturalna Bogini, założony przez absolwentkę Latającej Szkoły, Elę Świętek. Kinga Dybek, wspaniała graficzka (również absolwentką LS) zaprojektowała złote logo, które aż się prosiło o to, aby było złotą zawieszką. I przy współpracy z KavoDesign, powstały naszyjniki. Możesz nawet mieć swój własny batonik jak RuPaul.

Ja bym mogła długo mnożyć pomysły. Wolę jednak przejść do kilku praktycznych zagadnień.

Czy muszę mieć minimum 20 tys followersów na instagramie, żeby wypuścić własne produkty?

Moim zdaniem, nie. Jeżeli jesteś na etapie na którym twoi followersi składają się z członków rodziny, bliskich znajomych i kilku przypadkowych rosyjskich specjalistów od kryptowalut (kilku z nich z niejasnych przyczyn śledzi moje konto na IG), to musisz jedynie uważać na to, żeby nie inwestować za dużo pieniędzy w coś, co będzie przez pewien czas zalegało w twojej piwnicy. Jeżeli (jeszcze) nikt cię nie kocha, to nie oczekuj, że torby z twoim logo sprzedadzą się jak świeże bułki. Ale, uwaga! Moim zdaniem sam fakt posiadania takiego produktu w ofercie może być wysłaniem sygnału w świat, że … jesteś kultowa. Przecież klient, który wchodzi na twoją stronę nie wie, ile sprzedałaś swoich produktów. Może jeden, może tysiąc.

A jeśli masz prawdziwych fanów, w oldschoolowym rozumieniu, nie facebookowym, czyli ludzi, którzy będą się jarać, jak będą mieć coś z tobą lub twoim logo lub twoim hasłem, to działaj!

Czy produkcja będzie kosztowała majątek?

To zależy. Są takie przedmioty, które można wyprodukować łatwo, w niewielkiej ilości. Można też przed wprowadzeniem ich do oferty zbadać, jak reagują odbiorcy. Entuzjastyczne reakcje dają ci zielone światło. Umiarkowane reakcje, dają znać, aby … szukać dalej!

“Ale to trudne i ja sama nie potrafię!”

Wszystko jest do rozkminienia! Krok po kroku. Wyszukiwarka Google będzie Twoim sprzymierzeńcem. Większość z pomysłów, o których tu mowa, wymaga jakiegoś rodzaju współpracy. Jeśli skończyłaś wydział Form Przemysłowych, zaprojektujesz sobie wszystko sama, nawet trójwymiarowego złotego delfina do wydruku w 3D. Ale bardzo często warto sięgnąć po pomoc. Zapłacić grafikowi za to, że wybierze czcionkę, która sprawi, że twój kubek będzie naprawdę godny pożądania. Zapłacić komuś za stworzenie pięknej serii nalepek na twoje świece zapachowe. I tutaj chcę się podzielić taką oczywistą oczywistością – w Polsce jest masa bardzo utalentowanych freelancerów, artystów, projektantów i grafików, którzy z radością przyjmą od ciebie zlecenie. Oczywiście współpraca może układać się różnie, nie jest to nasza najmocniejsza narodowa cecha, ale może warto spróbować? O ile nie planujesz czegoś kosmicznie kosztownego, czyli dla przykładu –  stworzenia własnej linii słuchawek jak Dr Dre, wydaje mi się, że warto.

 

via GIPHY

(dr Dre wspiera cię mentalnie)

Pytania? Wątpliwości? Pomysły? Czy ten post dodał ci skrzydeł? Daj znać w komentarzu. Jeśli będę potrafiła, chętnie pomogę.